Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo. Pokaż wszystkie posty

4 grudnia 2008

"Bilda" wersja dziennikarstwa obywatelskiego

Zabierałem głos w dyskusji na temat dziennikarstwa obywatelskiego wiele razy i wiem, że mogę się niektórym narazić kolejnym zdaniem. Dziennikarstwo obywatelskie jest dla mnie pustym terminem z prostego względu: misją dziennikarza jest służyć społeczeństwu, a z tego punktu widzenia każdy dziennikarz jest dziennikarzem obywatelskim. Dzięki działaniom wielu wydawców odnoszę wrażenie, że obywatelski, często znaczy "darmowy". Tak też to wygląda w przypadku niemieckiego "Bilda" (Axel Springer), który aktualnie stawia na rozwój, ale bynajmniej nie poprzez zatrudnianie nowych pracowników. Gazeta podpisała właśnie umowę z siecią supermarketów Lidl na sprzedaż aparatów cyfrowych, dzięki którym każdy ich nabywca może stać się dziennikarzem obywatelskim.


Podobne urządzenie jest dostępne od dziś w niemieckich sklepach sieci Lidl za około 70 Euro. Robi zdjęcia, pozwala kręcić filmy i ma około 2GB pamięci. Dołączane jest do niego specjalne oprogramowanie, które pomaga wysyłać materiały bezpośrednio do osób odpowiedzialnych za umieszczanie foto-video contentu na stronach (drukowanych i internetowych) "Bilda".

"Bild" jest największą niemiecką gazetą codzienną, o tygodniowym nakładzie (poniedziałek-sobota) w wysokości 3,3 milionów egzemplarzy. Dyrektor zarządzający tytułu przyznał, że gazeta nie jest w stanie pokryć wszystkich informacji. Dlatego liczy teraz na tłum chętnych, które będą to robiły za darmo lub za niewielkie wynagrodzenie.

Gazeta, na bazie której powstawał polski "Fakt", cechuje się w Niemczech dużą interaktywnością z czytelnikami. Teraz, podejmuje się próby przemiany tych interaktywnych czytelników w źródła informacji. Redakcja twierdzi, że działanie to jest tylko próbą poprawy dotychczasowego kanału komunikacji, poprzez który dziennie napływały do redakcji tysiące zdjęć i wiadomości. I rzeczywiście, od 2006 roku, w "Bildzie" wydrukowano ponad 9,000 zdjęć nadesłanych przez czytelników.

Mimo wszystko popieram krok "Bilda" i będę śledził z zaciekawieniem jego efekty. Każdy z nas coraz częściej postrzegany jest przez wydawców jako źródło informacji. Tylko w taki sposób gazety mogą zejść do najniższego poziomu - pojedynczego czytelnika oraz trafić do zainteresowań i potrzeb osób jemu podobnych. Dostrzega się wreszcie znaczenie serwisów społecznościowych takich jak Twitter czy Blip, w których informacje pojawiają się niejednokrotnie szybciej niż na jakimkolwiek portalu newsowym (w przypadku zeszłotygodniowego ataku terrorystycznego na hotel w Indiach, Twitterowe relacje osób uwięzionych w hotelu i świadków były bardziej wyczerpujące i szybsze niż materiały przygotowane przez agencje prasowe).

20 listopada 2008

Jak przyciągnąć uwagę czytelnika?

Jak można przyciągnąć uwagę czytelnika? Można zagrać chociażby dobrym tytułem. Taki artykuł ukazał się dzisiaj w "Polsce Dzienniku Łódzkim":


Oczywiście przy okazji takich tytułów pojawia się pytanie w jaki sposób gazeta chce pozycjonować swoją markę na rynku. Nadmiar luzu i otwartości też może gazecie zaszkodzić, owocując obniżeniem jej wartości w oczach czytelnika.

5 października 2008

INMA 2008: "The Gazette", czyli jak przybliżyć gazetę czytelnikowi?

Bernard Asselin z kanadyjskiej "The Gazette" (Montreal) udzielił bardzo ciekawej prezentacji gazety o około 230-letniej tradycji oraz jej sposobów na przybliżenie jej czytelnikowi i walkę ze spadającą sprzedażą tytułu. Case study tego przypadku oprócz tego że jest ciekawą lekturą, wydaje się być także dobrym źródłem inspiracji.

Aby wiedzieć, jaką strategię obrać, trzeba najpierw poznać, z czym się walczy. Od tego właśnie rozpoczęto pracę w montrealskiej "The Gazette" - od nazwania najsłabszych punktów gazety w otaczającym ją środowisku. Odkryto w ten sposób, że:

- gazeta, o 230 letniej tradycji, może przez wielu czytelników być odbierana jako zbyt konserwatywna i oddalona od czytelnika;
- ogólny negatywny trend w odbiorze gazet drukowanych i fragmentacja mediów mają duże znaczenie dla spadku zainteresowania tytułem;
- istnieje rosnące zainteresowania krótkimi formami dziennikarskimi (co również nie jest korzystne dla gazety pełnej opinii i analiz);
- spadek sprzedaży "The Gazette" od dziesięciu lat miał trend linearny i wynosił 3 procent rocznie (spadek ten był dużo szybszy w przypadku najmłodszych czytelników, między 18 a 34 rokiem życia).

Bernard Asselin, był odpowiedzialny za wprowadzenie takiej strategii marketingowej tytułu, która przybliży gazetę czytelnikowi, w szczególności w tej najmłodszej i najcenniejszej grupie wiekowej (przedział 18-34). Wydawca postanowił reklamować to, co jest najsilniejszą stroną gazety, czyli jej zawartość. W ten sposób, w październiku 2006 r. rozpoczęła się akcja "Words matter" ("Słowa mają znaczenie"). W dniu rozpoczęcia akcji marketingowej, tak wyglądała pierwsza strona gazety:


Na drugiej stronie pojawiła się reklama kampanii "Words matter", a trzecia strona przedstawiała już prawdziwą zawartość jedynki:


Było to działanie odważne, ale bardzo kreatywne. Jak inaczej, jeśli nie właśnie przez innowacyjny sposób komunikacji z czytelnikiem, można mu udowodnić, że ta towarzysząca mu przez pół życia gazeta, nie jest sztywna i potrafi od czasu do czasu nagiąć konwencję?

Reszta kampanii to tylko dalsze przykłady mistrzowskiego planowania. Oto kilka przykładów jak prezentują się pojedyncze całostronicowe reklamy kampanii "Words matter":



Inne media również były zaangażowane w kampanię. Furorę wśród ludzi młodych robiły reklamy telewizyjne, które również ewoluowały. Wszystkie jednak odnosiły się do głównego hasła kampanii. Poniżej jedna z reklam telewizyjnych "The Gazette":



Ale i to nie wszystko. Oprócz reklam prasowych, telewizyjnych i radiowych, prawdziwą kreatywnością wykazał się dział marketingu "The Gazette" w przypadku miejskich akcji marketingowych promujących zawartość gazety. I tak, kiedy tematem numeru miało być globalne ocieplenie, oto widok, jaki można było zobaczyć w najważniejszych punktach Montrealu:


Kiedy z kolei gazeta rozpisywała się o temacie bezsenności, takich oto osobników można było spotkać na ulicach Montrealu:



Powyższe studium przypadku "The Gazette" pokazuje, że istnieją inne narzędzia walki o czytelnika, niż cena, czy tzw. wartość dodana (popularnie określana gadżetem). Okazuje się, że mimo iż marka gazety potrafi być doskonale rozpoznawalna, potencjalni czytelnicy często nie wiedzą, co może kryć się w środku.Zawartość gazety (content) jest tym, co wydawcy prasowi powinni promować w pierwszej kolejności Z tego też powodu, prawdopodobnie coraz częściej, również na naszym rynku, będziemy świadkami właśnie promocji contentu gazety, niż samej jej marki. To już jest widoczne np. w przypadku "Gazety Wyborczej", która dość często reklamuje się w telewizji na przykład odpowiedziami do ważniejszych egzaminów państwowych. Ale nie tylko. "Gazeta Wyborcza" wykorzystuje ostatnio coraz częściej własne łamy (w szczególności pierwszą stronę) do zdecydowanej promocji zawartości tytułu (kosztem miejsca na artykuły, które mogłyby tam się znaleźć - vide temat porwania Krzysztofa Olewnika, seria czytelnicza "7 wyborów Lecha Wałęsy", czy ostatnio - konflikt gruzińsko-rosyjski widziany z perspektyw prezydentów różnych krajów).

Wracając do kanadyjskiej "The Gazette" - opisywana kampania okazała się sukcesem. Biorąc pod uwagę, że przez ostatnie 10 lat, sprzedaż tytułu spadała co roku o 3%, to w minionym roku spadek ten wyniósł 2,3%. Udało się więc spowolnić malejący trend w czytelnictwie, co w tym przypadku można zawdzięczać wyłącznie tej kampanii.

"The Gazette" jest gazetą miejską o średniej sprzedaży wynoszącej około 140,000 egzemplarzy dziennie.

INMA 2008: Echa konferencji

W piątek wieczorem zakończyła się zorganizowana przez International Newsmedia Marketing Association konferencja INMA Outlook 2009. Jej najciekawsze tematy, będę przytaczał na tym blogu w ciągu najbliższego tygodnia. Najbardziej niecierpliwych zachęcam do lektury Forum4Editors, gdzie, dzięki uprzejmości Grzegorza Piechoty z Agory, raportowałem w czasie trwania konferencji bieżące prezentacje i najważniejsze tezy poszczególnych wypowiedzi.

Polecam również krótkie wywiady video skrupulatnie prowadzone przez Artura Kardę (szefa projektów portali regionalnych) oraz Agnieszkę Mazuś (kierowniczkę działu online "Dziennika Wschodniego") z Mediów Regionalnych. Uczestnicy konferencji wypowiadali się przed kamerami na temat, ich zdaniem, grzechów śmiertelnych dzisiejszych gazet. Ogrom pracy dokonany przez moich nowych kolegów z Mediów Regionalnych, można obejrzeć TUTAJ.

9 września 2008

Polskapresse bez Tomasza Wróblewskiego - co dalej?

Ponad rok temu, Krzysztof Urbanowicz snuł scenariusze dotyczące przyszłości oczekiwanego, wówczas, nowego dziennika oraz jego wydawcy. Scenariusze były przeróżne, od perfekcyjnej współpracy Polskapresse z Mediami Regionalnymi, po całkowitą porażkę projektu już na samym starcie. Czwarta z pięciu przytaczanych przez autora perspektyw, wydaje się być w świetle ostatnich wydarzeń zaskakująco bliska prawdzie...

Scenariusz, który przypominam, został napisany przez Krzysztofa Urbanowicza 14 miesięcy temu, na trzy miesiące przed startem dziennika "Polska". Brzmiał następująco:
Mecom odrzuca na razie propozycję Polskapresse, ale nie wyklucza dołączenia do nowego projektu w późniejszym terminie. Axel Diekmann podejmuje ryzykowną decyzję o starcie nowego tytułu bez Mecomu, ale z nadzieją na wciągnięcie go w projekt w bliskiej przyszłości. Z braku zasięgu ogólnopolskiego, nowy dziennik próbuje najpierw umocnić się na bogatym rynku warszawskim. Brak sukcesów potęguje konflikty między członkami zarządu Polskapresse. Narasta też konflikt między zarządem i zaniepokojonymi szefami gazet regionalnych. Mecom rezygnuje definitywnie z uczestnictwa w projekcie. Diekmann likwiduje nowy dziennik. By ograniczyć koszty, rozstaje się z Tomaszem Wróblewskim i każe mu kontaktować się z sobą tylko i wyłącznie za pośrednictwem kancelarii prawnej. Albo, jak Springer po zawieszeniu projektu bulwarowego dziennika w stylu „Bilda" we Francji, zainwestuje w biznes internetowy - co jest mało prawdopodobne, albo - z braku pomysłu na rozwój podupadającej powoli, ale systematycznie prasy regionalnej - zacznie szukać kupca na swoje polskie dzienniki. Axel Springer i Agora zacierają ręce. Może coś uda im się kupić za zgodą Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów?
Tak jak wspomniałem, kilka rzeczy udało się autorowi powyższych słów przewidzieć. Oczywiście, była to jedna z pięciu, nie podpartych dogłębną analizą, spekulacji. Zaskakujące jednak, jak bliska prawdzie.

Teraz, aż chciałoby się ten scenariusz pociągnąć dalej. Zaznaczam na wstępie, że mimo moich powiązań z Polskapresse, nie mam żadnych wiarygodnych informacji, czy przecieków, na temat dalszych kroków wydawnictwa. Zachęcam jednak do puszczenia wodzy fantazji.

Były wiceprezes Polskapresse powiedział w jedynym dzisiaj komentarzu dla Polskiej Agencji Prasowej, że "złożył wypowiedzenie, zresztą właściciel też chciał się z nim rozstać". Wygląda na to, że jednak spekulacje sprzed paru miesięcy miały w sobie odrobinę prawdy. W artykule w "Pulsie Biznesu" z 29 lutego br., można było przeczytać:
Mówi się nie tylko o wycofaniu się wydawcy z projektu „Polska", ale też o możliwej sprzedaży Polskapresse. Spekulacje nasiliły się w ubiegłym tygodniu po wizycie właścicieli Polskapresse, rodziny Diekmannów. Po redakcji krążyły plotki, że zarządowi firmy nieźle się dostało za „Polskę".
Przyjrzyjmy się aktualnej sytuacji. Zarząd Polskapresse jest w tej chwili dwuosobowy: Dorota Stanek i Grzegorz Haftarczyk. Zanim pojawił się pomysł nowego projektu, jeden z wiceprezesów (Julian Beck), był odpowiedzialny za kwestie redakcyjne w gazetach regionalnych. Wraz z rozpoczęciem prac nad dziennikiem ogólnopolskim i pojawieniem się w wydawnictwie Tomasza Wróblewskiego, wiadomo było, że pozycja jednego z nich jest zagrożona ze względu na wspólny zakres kompetencji. W starciu dwóch koncepcji gazety ogólnopolskiej, wygrał pomysł Tomasza Wróblewskiego, co zaowocowało "hekatombą w Polskapresse".
Dzisiaj wydawnictwo zostało bez zwierzchnika nadzorującego rozwój i strategię tego autorskiego pomysłu ("Polska The Times"). Po prawie roku istnienia na rynku, gazety regionalne, mimo ogromnych nakładów, nie tylko nie poprawiły, ale również nie utrzymały poziomu sprzedaży sprzed roku (moją półroczną analizę sytuacji na polskim rynku dzienników regionalnych można przeczytać w języku angielskim na blogu Online Journalism Blog).

Idąc w ślad za lutowymi doniesieniami "Pulsu Biznesu", być może wkrótce usłyszymy, że Polskapresse zmienia właściciela. Pytanie, kto mógłby nim być. Agora? Szczerze wątpię, wydawnictwo to konsekwentnie realizuje swoją strategię rozwoju w mediach elektronicznych (internet + Superstacja). Axel Springer? co prawda boryka się z tracącym na popularności "Dziennikiem", ale dość niedawno docierały do nas informacje o zainteresowaniu tego wydawcy "Rzeczpospolitą". Mecom? Wręcz nierealne, cała polska prasa regionalna w rękach jednego wydawcy? UOKiK nie wyraziłby na to zgody. Kto w takim razie?

Czy będę bardzo kontrowersyjny jeżeli wyrażę na głos myśli prawdopodobnie wielu fascynatów rynku mediowego? Cały czas zastanawiam się nad tym, co robi logo brytyjskiego "The Times" obok tytułu "Polska". Współpraca? Przecież wiele gazet ma prawo zacytować artykuły z tytułów obcojęzycznych, kupić i przetłumaczyć felietony z zagranicy, tak jak obecnie robi to "Polska". Nie każda gazeta jednak dostaje za darmo reklamę na pierwszej stronie. Znajomi medioznawcy z Wielkiej Brytanii nie potrafili otrzymać informacji "z drugiej strony", od redakcji "The Times", na czym naprawdę miałaby polegać współpraca między dwiema redakcjami.

Rupert Murdoch, właściciel News Corporation wydającego m.in. "The Times" od dawna nie kryje zainteresowania polskim rynkiem. Ostatnio pojawiły się informacje o chęci odsprzedaży przez Murdocha 35% posiadanych przez niego akcji w TV Puls. Czyżby uzyskany z takiej transakcji kapitał (plus sprzedawane telewizje w Bułgarii i na Litwie) mógłby służyć jego wejściu na nasz rynek prasowy? Jedno jest pewne - w ciągu najbliższych tygodni możemy być świadkami bardzo ciekawych przemian na naszym podwórku.

Tomasz Wróblewski pożegnał się z Polskapresse

Za "Pressem":

"Grupa Wydawnicza Polskapresse rozstaje się z Tomaszem Wróblewskim, dotychczasowym wiceprezesem i dyrektorem zarządzającym wydawnictwa. Odpowiadał za projekt ogólnopolski "Polska".
- Moja rola w Polskapresse się skończyła – mówi ”Presserwisowi” Tomasz Wróblewski. Był w Polskapresse od października 2006 roku. Wcześniej był redaktorem naczelnym „Newsweek Polska”. Wydawca nie ujawnia powodów rozstania się z Tomaszem Wróblewskim. Zarząd Polskapresse jest teraz dwuosobowy – tworzą go Dorota Stanek, prezes i Grzegorz Haftarczyk, wiceprezes. Obowiązki Wróblewskiego w zarządzie przejmuje Stanek, a na dyrektora wydawniczego awansuje Izabela Marciniak.
" - napisał przed kilkoma minutami "Press".

Spekulacji, co dalej, może być bez liku. Zachęcam do dyskusji w komentarzach, mnie nie wypada jej zacząć :)

1 września 2008

Jolly Journalist, czyli strona dla zadowolonych dziennikarzy


Team Online Journalism Blog uruchomił ciekawy projekt. W dobie, gdy większość wiadomości jakie do nas docierają z rynku prasowego, dotykają kolejnej fali zwolnień przedstawicieli tego zawodu, dziennikarze nie mają zbyt wielu powodów do zadowolenia.

Strona Jolly Journalist to portal dla zadowolonych dziennikarzy - osób dumnych i cieszących się z zawodu, który wykonują. Każdy, dosłownie każdy, może wpisać tam swój powód do zadowolenia. Innymi słowy, co nami kieruje, że chcemy wykonywać ten zawód. Pozytywne aspekty dziennikarstwa będą stanowiły doskonałą przeciwwagę dla argumentów wysuwanych przez futurologów wieszczących śmierć prasy.

Pokażmy, co dla nas znaczy być dziennikarzem i tchnijmy trochę optymizmu w przedstawicieli zawodu, przez wielu skazanych na wymarcie.

A zatem - jaki jest Twój powód do zadowolenia?

Szanowne koleżanki i koledzy blogerzy - pamiętajmy, że aby szczycić się mianem dziennikarza, nie trzeba w świetle polskiego prawa prasowego być związanym umową o pracę z jakąkolwiek redakcją. Pomóżcie, pochwalcie się dlaczego robicie to, co robicie.

21 sierpnia 2008

Gdzie się kończy dziennikarstwo obywatelskie?

Tysiąc dolarów za każde 100,000 odsłon strony w ciągu 6 miesięcy lub dziesięć tysięcy dolarów za pierwszy 1,000,000 odsłon niezależnie od czasu - czy taki model może być jeszcze określany krzewieniem dziennikarstwa obywatelskiego? Zdaniem twórców nowego serwisu Allvoices - zdecydowanie tak.

Od jakiegoś czasu próbuję zdefiniować zjawisko dziennikarstwa obywatelskiego. Ktoś powiedział, że dziennikarz obywatelski jest osobą niekoniecznie posiadającą warsztat, ale chcąca realnie wpływać na otaczające ją zjawiska poprzez ich opisywanie. Ale w takim razie czym w świetle tej definicji różni się dziennikarz obywatelski od typowego dziennikarza? Czy dziennikarza obywatelskiego od dziennikarza dzieli tylko pensja? I wreszcie, czy nowo powstały serwis oferujący wynagrodzenie dla dziennikarzy obywatelskich nie jest jednocześnie granicą tego zjawiska?

Allvoices
reklamuje się jako "doskonałość w dziennikarstwie obywatelskim". Ma zasięg globalny - w winiecie strony znajduje się mapa świata, na której oznaczany jest ten region, którego dany artykuł dotyczy. Twórca serwisu chce zmienić dziennikarzy obywatelskich w globalnych reporterów, którzy w jednym miejscu publikować będą informacje o najważniejszych, ich zdaniem, wydarzeniach.

Wystarczy tylko pomyśleć, ile korzyści z serwisu będą mieli jego właściciele!. Miliony par oczu analizujących oglądalności swoich artykułów, wykorzystanych jednocześnie do oglądania reklam umieszczanych przez właściciela serwisu. Biorąc jeszcze pod uwagę, że serwis ma mieć charakter newsowy, niewielu chyba użytkowników zarobi w nim jakieś pieniądze - 100,000 odsłon jednego newsa przy tylu platformach informacyjnych w internecie będzie nie lada osiągnięciem.

I pozostaje jeszcze pytanie... czy zwiedzeni możliwością zarobku ochotnicy, będą mieli prawo tytułować się jeszcze dziennikarzami obywatelskimi? Poniekąd ich cel ulegnie zmianie - z chęci bycia usłyszanym na chęć zarobienia paru groszy.

5 sierpnia 2008

"Polska" i koledzy z wojska, czyli gdzie się podziała etyka dziennikarska?

W dzisiejszym dzienniku "Polska The Times" ukazał się artykuł pod tytułem "Drastyczne zdjęcia na portalu wojskowych". Gazeta krytykuje zdjęcia umieszczane na portalu Koledzy z wojska, ale... sama również je publikuje. Czy nie jest to moment, w którym do głosu powinna dochodzić etyka dziennikarska?

"Polska" opisuje dzisiaj portal społecznościowy "Koledzy z wojska". Obok krytyki umieszczanych na portalu zdjęć, redakcja publikuje przykłady tych zdjęć. Jedno z nich przedstawia nadpalone ciało z nienaturalnie wygiętą nogą. Na innym widać klęczących w kapturach jeńców z głowami przy ziemi. Na kolejnym zobaczyć można zakrwawione ciało i leżącą obok kończynę. Jeżeli mój opis nie jest dla czytelników wystarczający, odsyłam bezpośrednio do artykułu na stronę "Polski" (zakładka Infografiki).

Może i narażam się tym postem, ale zdjęcia, które zobaczyłem w dzisiejszej "Polsce", naprawdę mną wstrząsnęły. Bardzo jestem ciekaw opinii czytelników, czy rzeczywiście niezbędne było opatrzenie artykułu takimi właśnie zdjęciami.

Dodatkowo, w tekście przytoczona jest wypowiedź profesora Macieja Mrozowskiego z Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, którego zdaniem "kodeksy dziennikarskie wyraźnie mówią, że okrucieństwo wojny można pokazać tylko wskazując na odpowiedzialnego za zbrodnię, np. ludobójstwa. Wymowa takich obrazów powinna odwoływać się do współczucia dla ofiar. Takich elementów nie mają zdjęcia opublikowane przez portal Koledzy z wojska - nie wiadomo kim są ofiary, w jakich okolicznościach zginęły o z czyjej ręki".

A ja w świetle przytaczanej wypowiedzi eksperta spytam: kogo bardziej obowiązują kodeksy dziennikarskie - użytkowników portalu społecznościowego czy redaktorów gazety codziennej?

24 lipca 2008

Najciemniej jest pod latarnią

Znowu napiszę o błędach, które w końcu przydarzyć się mogą każdemu. No ale, żeby w tytule własnej gazety??? Cała redakcja "Valley News" pali się pewnie ze wstydu do dzisiaj, za wystawienie swojej gazety na pośmiewisko trzy dni temu...


21 lipca, amerykańska gazeta regionalna "Valley News", ukazująca się w stanach New Hampshire i Vermont, została wydrukowana i rozpowszechniona z błędem we własnej winiecie!


Dzień później w gazecie ukazała się notka redaktorska, treści: "Biorąc pod uwagę fakt, że rutynowo nawołujemy różne instytucje by brały odpowiedzialność za swoje błędy, pozwalamy sobie powiedzieć oficjalnie: Naprawdę jest nam głupio".

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że gazeta o średnim dziennym nakładzie rzędu 17,000 egzemplarzy, popełniła ten błąd celowo. W myśl zasady "nieważne jak mówią, byle mówili". Może jest to jakiś pomysł dla rodzimych gazet? Nie będę wskazywał tych tytułów palcem.

Źródło informacji: Regret The Error. Ku ironii, informację o tym wyczytałem również na stronach "The Guardian", gazety, która z powodu licznych literówek, żartobliwie nazywana jest "The Grauniad"

Przy okazji pisania o błędach w oczywistych miejscach, zwrócę jeszcze uwagę na dzisiejszy tytuł w "Gazecie Wyborczej" w dziale Gospodarka. Z początku myślałem, że tytuł "Teraz Polsat cyprowy" jest oczywistą literówką, jednak po przeczytaniu leadu i informacji o kupnie pakietu kontrolnego Polsatu przez dwie cypryjskie firmy, idea autora stała się oczywista. Brawa dla Tomasza Pruska z "Gazety Wyborczej".

10 lipca 2008

Przyznawać się do błędu, czy nie?

Błędy, sprostowania, uzupełnienia, przeprosiny... co łączy te wszystkie określenia? Wspólna niechęć polskich gazet do publikowania ich na swoich łamach. Redakcje polskich gazet potrafią zrobić naprawdę wiele, byle tylko nie przyznać się do błędu.

Dlaczego tak podkreślam nietypowość naszego rynku prasowego? Redakcje (być może słusznie, swoją drogą jestem ciekaw czy były prowadzone jakieś badania na ten temat) obawiają się, że zbyt duża liczba sprostowań spowoduje spadek ich wiarygodności w oczach czytelnika, a w konsekwencji odejście tego czytelnika do innej gazety.

Sytuacja wydaje się być jak najbardziej logiczna i zrozumiała. Ale jak czytam w "Dziennikarstwie" autorstwa Marka Chylińskiego i Stephana Russ-Mohla:

"Francuskie gazety natomiast, które sprostowania publikują bez zbędnych utrudnień, nawet gdy nie są w pełni przekonane do racji adwersarza, uznawane są przez czytelników za bardziej wiarygodne!"

I dalej, z tej samej książki:

"Inaczej jest w Stanach Zjednoczonych, tam "corrections" są oczywistością, przynajmniej w prasie. Odbiorcy doceniają, że gazeta ich nie zwodzi i odpłacają zaufaniem - gazety, które prowadzą stałą rubrykę sprostowań, w sondażach cieszą się większą wiarygodnością".

Nieważne już, który rynek jest nietypowy - nasz, czy ten francuski lub amerykański. Ostatnio jednak natknąłem się na ciekawy przypadek z Indii. Tamtejsza gazeta "Mint" (anglojęzyczna, powstająca w kooperacji z "The Wall Street Journal") ma bardzo ciekawą politykę dotyczącą publikacji sprostowań. Po pierwsze, na drugiej stronie gazety zamieszczana jest specjalna rubryka, w której publikowane są wyjaśnienia i sprostowania. Jest to jedna z najpopularniejszych rubryk czytelniczych - czytelnicy śledzą dokładnie materiały, a następnie wysyłają informację o braku lub niepoprawnej informacji w tekście. Duży plus, ponieważ jest to zawsze dodatkowa interakcja z czytelnikiem.

Ale naprawdę duże wrażenie zrobiło na mnie inne działanie redakcji "Mint". Z okazji pierwszych urodzin gazety, redakcja postanowiła pokazać statystyki popełnianych błędów:


W efekcie umieszczono dwa wykresy pokazujące udział rodzaju błędu (merytoryczny, liczbowy, ortograficzny itp) w ogólnej liczbie błędów oraz, co chyba najciekawsze, podobny wykres, tyle że dotyczący winowajcy błędnej publikacji:


No cóż, errare humanum est, trzeba tylko umieć przyznać się do tego błędu. A Państwo którą ze szkół dotyczącą publikacji sprostowań preferowalibyście?

9 lipca 2008

Redakcyjny outsourcing

Outsourcing, czyli redukcja kosztów przedsiębiorstwa poprzez przerzucenie części lub całości procesu produkcyjnego na inny podmiot gospodarczy, jest od dłuższego czasu bardzo popularnym zjawiskiem. W genialnej książce felietonisty "New York Timesa", Thomasa L. Friedmana, "Świat jest płaski", można znaleźć świetne przykłady outsourcingu, jak np. opisywanie przez hinduską firmę medyczną zdjęć rentgenowskich z USA (taki prosty pomysł: amerykański lekarz wysyła pod koniec dnia do e-mailem zdjęcia rentgenowskie, by następnego dnia, dzięki różnicy czasu między USA a Indiami, od samego rana mieć na skrzynce opisy tych zdjęć). Inne formy outsourcingu są w tej książce mnożone w nieskończoność. Jednego tylko autor nie przewidział.

Nadrabiając zaległości po długiej nieobecności, przeczytałem coś, co wprawiło mnie w niemałe osłupienie. Amerykańska gazeta "Orange County Register", wychodząca w średnim nakładzie 250,000 egz. w dni powszednie (310,000 egz. w przypadku wydań magazynowych) zdecydowała się na outsource'owanie części swoich usług do Indii. Z początkiem lipca, redakcja rozpoczęła miesięczną, próbną współpracę z hinduską firmą Mindworks, która będzie obsługiwała makietę jednego z lokalnych dodatków do gazety, a także (!) edytowała niektóre teksty wchodzące do grzbietu głównego "OC Register".

"To test o małej skali, pozostający bez wpływu na naszych lokalnych dziennikarzy. Nasi redaktorzy będą nadzorowali cały proces. W żaden sposób nie ucierpi na tym nasz zespół" - powiedział szef zespołu produkcyjnego gazety, John Fabris.

Zastanawiam się, czy outsourcing w tej dziedzinie jest właściwym kierunkiem. Być może, część kosztów zostanie znacznie zmniejszona, ale wystarczy sobie wyobrazić, jak bardzo zaszkodzić może ingerencja osoby w tekst, który został napisany w drugiej części świata!. I to jeszcze w przypadku gazety z takimi tradycjami jak "OC Register" (jest zdobywcą trzech nagród Pulitzera: w 1985, 1989 i 1996 r.).

No cóż, jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. "Orange County Register" boryka się od kilku lat z dużymi spadkami sprzedaży, a w 2006 roku pracę straciło 90 osób z zespołu redakcyjnego (niektórzy dziennikarze otrzymali propozycję pracy na zasadach wolontariatu). Pytanie tylko, czy przenoszenie procesu produkcji i edycji gazety do Indii, pomoże wydawcy spowolnić spadek sprzedaży. Może i jestem konserwatywny w tej kwestii, ale moim zdaniem gazetę powinna sprzedawać przede wszystkim treść, a tej (przynajmniej lokalnej), nie da się poprawnie stworzyć z drugiego końca globu.

PS. Czy zna ktoś jakieś polskie określenie na outsourcing? No i przypominam o konkursie :)

3 czerwca 2008

WEF 2008: Czy rozwój platformy mobilnej (telefonów komórkowych) zmieni dziennikarstwo?

Coraz więcej wydawców na całym świecie decyduje się na uruchomienie stron internetowych dostosowanych do małych wyświetlaczy na telefonach komórkowych. W Polsce, np. sprawnie robi to już od jakiegoś czasu Agora (proszę spróbować wpisać w internetowych przeglądarkach swoich telefonów adres: www.gazeta.mobi).

Rynek użytkowników telefonów komórkowych nie jest jeszcze rozwinięty, a przez to inwestycje na nim wiążą się z pewnym ryzykiem. Wielu z nas posiada urządzenia mobilne, jednak nie każdy z posiadaczy używa ich do przeglądania poczty czy internetu. Wg badań Uniwersytetu w Goteborgu, w krajach rozwiniętych (USA, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Niemcy, Hiszpania), telefony komórkowe posiada 64-83% mieszkańców, ale zaledwie 34-53% mieszkańców używa ich do celów innych niż rozmowy telefoniczne.

Paul Cheesbrough z brytyjskiej Telegraph Media Group ("The Daily Telegraph", "Sunday Telegraph" i thetelegraph.com) mówił dzisiaj na Światowym Forum Wydawców o "Mobilnej rewolucji i jej wpływie na redakcje". Bazując na przykładach własnych redakcji, wyróżnił trzy podstawowe aspekty tej (nadchodzącej, być może) rewolucji:

1. Nowy kanał dystrybucji. Ze względu na różnorodność urządzeń mobilnych, technologia ta była do niedawna dla wydawców dość kosztowna. Ostatnio, ze względu na coraz częstsze instalowanie przez producentów jednego rodzaju przeglądarki internetowej, wydawcom łatwiej jest dotrzeć do czytelnika. Ze względu na mały ekran, większość użytkowników czyta tylko nagłówki, wyniki meczów itp. Oznacza to, że w tej platformie jest pewien potencjał. Jeżeli tylko, jak przewidują analitycy, prędkość internetu mobilnego zostanie zwiększona i a cena tej usługi zmaleje, na pewno pojawi się popyt na artykuły również w formie audio i video, a co za tym idzie, rozwinie się również rynek reklamy mobilnej (w innej formie niż SMS).

2. Nadzieje na przychody z reklam w przyszłości. Rynek reklamy nieszczególnie próbuje ogarnąć platformę mobilną, ale wyraźnie się jej przygląda. Stały wzrost i rozwój mobilnej technologii ściągnie jeszcze więcej użytkowników - wtedy przyjdzie kolej na reklamę mobilną.

3. Nowe narzędzie do gromadzenia i tworzenia informacji. Niezależnie które z mobilnych narzędzi będzie wykorzystywane (iPhone, Pocket PC, czy inny telefon komórkowy z przeglądarką internetową), praca dziennikarza stanie się z pewnością łatwiejsza i bardziej efektywna. Dziennikarze już teraz mogą pisać, publikować i aktualizować artykuły kiedy chcą i skąd tylko chcą (Ilicco Elia z agencji Reuters mówił, że w ramach tworzenia mobilnej platformy informacyjnej, korespondenci Reutersa szkoleni są tak, by oprócz napisania tekstu umieli przesłać zdjęcia czy plik video - wszystko za pomocą wybranego przez agencję urządzenia - telefonu Nokia N82).

Na zakończenie swojego przemówienia, Paul Cheesbrough jeszcze raz zaapelował, by nie używać komórek wyłącznie do rozmów. W ciągu 5-10 lat, technologia mobilna z pewnością się rozwinie dając zarówno dziennikarzom jak i publiczności, dużo szersze spektrum możliwości.

Letnie praktyki z Wiadomości24.pl

W przerwie między sesjami na Światowym Forum Wydawców dotarła do mnie ciekawa informacja o ostatniej akcji planowanej przez Wiadomości24.pl. Nareszcie, użytkownicy poważnie myślący o karierze dziennikarskiej, być może stoją przed szansą zrealizowania swoich planów życiowych.

Propagowana przez Wiadomosci24.pl idea dziennikarstwa obywatelskiego wchodzi w nowy wymiar. Użytkownicy tego serwisu mogą teraz zgłosić się na letnie praktyki dziennikarskie, które będą odbywały się w redakcjach gazet należących do grupy wydawniczej Polskapresse. Redakcja Wiadomości24.pl wybierze i zarekomenduje kandydatów do Letniej Szkoły Dziennikarstwa.

Oprócz tego, Wiadomości24.pl wspólnie z Instytutem Dziennikarstwa Polskapresse, organizują spotkanie warsztatowe dla 12-14 najlepszych dziennikarzy Letniej Szkoły Dziennikarstwa. Jest to rodzaj stypendium - uczestnicy szkolenia nie poniosą żadnych kosztów z nim związanych.

Więcej informacji na temat kursu, szkolenia oraz procedury zgłoszeniowej, można znaleźć TUTAJ.

29 maja 2008

Chińskie władze nie pozwoliły rodzinie dziennikarza na odbiór nagrody wolności słowa

O zbliżającym się kongresie World Newspaper Congress pisałem już parę razy (tutaj i tutaj). Przez cały przyszły tydzień postaram się na bieżąco aktualizować bloga, relacjonując wydarzenia z Goeteborga w Szwecji. Wygląda jednak na to, że tym, którzy najbardziej zasługują na udział w tej konferencji, nie będzie dane w niej uczestniczyć.

Żona i córka Li Changqinga, zwolnionego niedawno z więzienia chińskiego dziennikarza, miały nadzieję odebrać w imieniu dziennikarza Złote Pióro - coroczną nagrodę wolności słowa. Zamiast tego, pozbawiono ich paszportów przed samym wylotem na lotnisku w Pekinie. Władze chińskie wezwały również krajowe media do bojkotu nadchodzących w Szwecji wydarzeń.

Li Changqing, reporter i szef sekcji informacyjnej w "Fuzhou Daily" został zwolniony z aresztu w lutym, po odbyciu 3-letniej kary więzienia. Aresztowano go za "preparowanie i rozpowszechnianie fałszywych informacji". Dziennikarz odkrył i opublikował artykuł o wybuchu epidemii malarii w rodzinnym mieście, zanim władze poinformowały o tym społeczność lokalną.

Timothy Balding, szef World Association of Newspapers wydał oświadczenie potępiające "skandaliczny, nowy sposób na nadużywanie władzy przez Chińczyków". Ponadto dodał: "(Chińczycy), niezadowoleni z efektów ograniczania dostępu do informacji poprzez zamykanie w więzieniach tuzinów dziennikarzy, muszą już śledzić i ograniczać kroki ich rodzin".

8 kwietnia 2008

Przyznano dziennikarskie nagrody Pulitzera

Nagrody Pulitzera za 2007 rok zostały przyznane. Z 15 kategorii poświęconych dziennikarstwu sześć przypadło "Washington Post", dwie otrzymał "New York Times", jedna (za komentarze odredakcyjne) nie znalazła odbiorcy.

Główną nagrodę, złoty medal, w kategorii Public Service (służba publiczna) odebrali dziennikarze "Washington Post" Dana Priest i Anne Hull oraz fotoreporter Michel du Cille, za artykuł o niewłaściwej opiece nad wojskowymi weteranami w Walter Reed Hospital.

Pozostałe nagrody to 10,000 dolarów w każdej kategorii (pełna lista zwycięzców).

Moją uwagę przykuły jeszcze dwa zdjęcia, również wyróżnione tegorocznymi nagrodami Pulitzera. Nagrodę za zdjęcie reporterskie odebrał Preston Gannaway z "Concord Monitor" za udokumentowanie historii rodziny próbującej poradzić sobie ze śmiertelną chorobą matki:
Drugim laureatem, tym razem w kategorii zdjęcie newsowe jest Adrees Latif z agencji Reuters za pełne dramatyzmu zdjęcie śmiertelnie rannego japońskiego fotografa podczas demonstracji ulicznych w Birmie.

26 marca 2008

Jarosław Kurski na temat przyszłości dziennikarstwa

Ciekawy wywiad z Jarosławem Kurskim, zastępcą redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej", opublikował wczoraj Editor's Weblog, oficjalny blog Światowego Forum Wydawców (World Editors Forum). Rozmowę przeprowadził Jean Yves Chainon. Dla leniwych zamieszczam tłumaczenie.

Editors Weblog: Jak Pan sądzi, jak długo będzie Pan jeszcze definiował swoją firmę jako wydawnictwo gazetowe lub firmę bazującą na usłudze poligraficznej?

Jarosław Kurski: Przestaliśmy być wydawnictwem wyłącznie gazetowym już w roku 1993, kiedy uruchomiliśmy pierwsze forum internetowe. Dzisiaj mamy ich miliony. Nasz portal Gazeta.pl każdego miesiąca odwiedza 6 milionów unikalnych użytkowników. Jest to magiczna liczba, jako że jest to także całkowita liczba czytelników papierowego wydania "Gazety Wyborczej".

Historia naszej korporacji rozpoczyna się wydaniem papierowej gazety w 1989 roku, ale dzisiaj jesteśmy jednym z wiodących koncernów multimedialnych w Środkowej i Wschodniej Europie. Wydajemy gazety, magazyny i książki, mamy sieć stacji radiowych i firmę zajmującą się reklamą outdoorową.

No i mocno inwestujemy w media cyfrowe. Nasz Zarząd ma ambicje, by za 3 lata ponad połowa naszych zysków pochodziła z branż innych drukowane. Jak na tę chwilę, nasze strony internetowe docierają do 44 procent użytkowników internetu w Polsce. To niespotykany rezultat jak na wydawcę gazety codziennej.


EW: Na tegorocznym Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, w trakcie panelu dotyczącego przyszłości gazet, padło stwierdzenie, że gazety drukowane znikną przed 2014 rokiem. Do jakiego stopnia zgadza się Pan z tą tezą?

JK: Futuryści lubią czysto hipotetyczne przewidywania, ale jako dziennikarz wolę przyjrzeć się faktom.

Od 2003 ukazało się siedem nowych ogólnopolskich dzienników na naszym rynku. A zatem każdego roku mieliśmy nowego konkurenta. Czy jest to oznaką jakiejkolwiek słabości medium drukowanego?

Wierzę, że tak długo jak będziemy mieć coś ważnego do powiedzenia, a ludzie tutaj będą chciali nas słuchać i dyskutować z nami, tak długo istnieć będzie "Gazeta Wyborcza". Ważny jest przekaz i dialog, nie kanał komunikacji.

Jeżeli druk przestanie się liczyć, wówczas będziemy przekazywać nasze pomysły w inny sposób. Gazety nie umrą, ale się zmienią.

I wreszcie: polskie słowo "gazeta" nie zawiera żadnego odniesienia do papieru. Więc nawet jeśli futuryści się nie mylą i papierowe media znikną, Gazeta nadal pozostanie na rynku.


EW: Na przestrzeni kilkusetletniej historii dziennikarstwa, czy uważa Pan, że narodziny dziennikarstwa elektronicznego jest pewnym ciągiem w continuum, czy całkowitym oderwaniem się od wcześniejszych form dziennikarstwa?

JK: W dziennikarstwie chodzi o przystępne przekazywanie informacji i opowiadanie historii na tyle ważnych, że poruszą one społeczność. Doceniam elektroniczne narzędzia dziennikarskie, są wspaniałe i bardzo pomocne, ale to tylko narzędzia. Wciąż potrzebna jest historia, opowiadający tę historię oraz społeczność. Zatem, czy cokolwiek tak naprawdę zmieniło się w dziennikarstwie?


EW: Czy wierzy Pan w rosnącą rolę użytkownika w procesie tworzenia newsa i czy uważa Pan to za szansę czy zagrożenie dla profesjonalnych dziennikarzy?

JK: Ta aktywna rola jest więcej niż potrzebna. Proszę pozwolić mi przytoczyć kilka przykładów z "Gazety Wyborczej".

Od 1996 roku obserwujemy oddziały położnicze w polskich szpitalach - chcieliśmy w ten sposób pozytywnie wpłynąć na jakość opieki medycznej w naszym kraju. Mogliśmy tam wysłać nawet i stu dziennikarzy, ale jedna matka, która rzeczywiście rodziła w danym szpitalu, potrafi opowiedzieć tę historię lepiej niż jakikolwiek reporter. Więc poprosiliśmy o pomoc młode matki. W 1996 roku otrzymaliśmy dwa tysiące listów przysłanych tradycyjną, pocztową, metodą. W 2006 roku, dzięki internetowi, zebraliśmy czterdzieści tysięcy osobistych relacji. Byliśmy w stanie ocenić 423 placówki, lub inaczej - 96% wszystkich szpitali w Polsce. Nie osiągnęlibyśmy tego gdyby nie nasi czytelnicy.
Kiedy całkiem niedawno opisywaliśmy masową migrację Polaków do krajów Europy Zachodniej, tuż po akcesji Polski w szeregi Unii Europejskiej w 2004, poprosiliśmy naszych czytelników o pomoc. Setki przyłączyły się do naszych reportaży.
Kiedy wezwaliśmy do ochrony Rospudy, dzikiej rzeki w północno-wschodniej Polsce, skazanej przez rząd na zniszczenie, poprosiliśmy czytelników o wsparcie - tysiące z nich wzięło udział w marszach protestacyjnych, setki protestowały na miejscu zdarzenia.

W trakcie dyskusji o kryzysie w systemie rent i emerytur, poprosiliśmy o radę czytelników i opublikowaliśmy najlepsze w historii poradniki dotyczące inwestowania.

Postrzegamy interakcję z czytelnikami nie jako kolumnę złożoną z listów na 86 stronie. Tu chodzi o zachęcenie czytelników do odegrania kluczowej roli w procesie wydawniczym.


EW: Czy uważa Pan złoty wiek dziennikarstwa śledczego za przeszłość, czy jest ono może na początku swej drogi?

JK: Dziennikarstwo śledcze jest samym środkiem naszego dziennikarstwa i skoro nasz świat staje się coraz bardziej skomplikowany, widzę rosnącą potrzebę tego rodzaju dziennikarstwa w społeczeństwie.

Żyjemy w świecie zalanym informacją, a ta informacja podawana jest w cząstkach tak małych, że czasem trudno zobaczyć pełen obraz. Potrzebujemy rozsądnych dziennikarzy do rozwiązywania takich zagadek.

Żyjemy w świecie natychmiastowej informacji, ale często dotyczy ona zaledwie wierzchołka góry problemów i wyzwań, które przed nami stoją. Potrzebujemy doskonałych dziennikarzy, by pokazać, czego NIE pokazały telewizja ani internet. Mamy potrzebę zrozumienia, co naprawdę miało miejsce.

Żyjemy w świecie, w którym coraz większe znaczenie ma PR i wizerunek, a to zmienia sposób, w jaki uprawiana jest polityka. Potrzebujemy mądrych dziennikarzy, by dostrzegli co jest ukryte za zasłoną, by zadawali niewygodne pytania, by patrzyli na ręce tym, którzy są u władzy.

Żyjemy w globalnej wiosce, w której światowa gospodarka i duże korporacje wpływają na życie i interesy jej mieszkańców. Potrzebujemy dziennikarzy śledczych by zapewnili nam rzetelną informację potrzebną do podejmowania lepszych decyzji.

W poniedziałek 10 marca byliśmy jedynymi, którzy podali informację o katolickim księdzu, który miał wykorzystywać seksualnie młodych chłopców i o trzech biskupach, którzy mimo wcześniejszego poinformowania, opierali się zbadaniu tej sprawy przez ponad 13 lat! Wydajemy "Gazetę Wyborczą" między innymi po to, by i takie historie ujrzały światło dzienne.


Rozmowę przetłumaczyłem za zgodą Editor's Weblog, organizatora zbliżającego się World Editors Forum w Goeteborgu

8 stycznia 2008

Turcja zmodyfikuje kontrowersyjne prawo dotyczące

Rząd turecki, pod presją ze strony Unii Europejskiej, wniesie poprawki do ustawy, w świetle której tureccy pisarze i dziennikarze mogą być ścigani i karani za swoje opinie. Kwestia wolności słowa w Turcji stoi na przeszkodzie dalszych negocjacji tego kraju w sprawie członkostwa w UE.

Artykuł 301 tureckiego kodeksu karnego mówi, że obrażanie "tureckości" jest przestępstwem. Właśnie w świetle tego przepisu, noblista Orhan Pamuk oraz wielu innych dziennikarzy i pisarzy jest w Turcji prześladowanych.

Jak podaje Reuters, mimo braku bliższych detali dotyczących zmiany w przepisie, wiadomo z pewnością, że określenie "tureckość" zostanie zamienione na "naród turecki". Powinno to zapobiec działaniom prokuratury, która egzekwuje prawo według własnej agendy. Co więcej, aby oskarżyć kogokolwiek według artykułu 301 kk, turecka prokuratura będzie potrzebowała wcześniejszej zgody ministerstwa sprawiedliwości.

Olli Rehn, komisarz unijny ds rozszerzenia UE, zalecił brak dalszych rozmów z Turcją, dopóki ta nie zmieni wspomnianego artykułu.

9 lipca 2007

Brytyjscy dziennikarze internetowi zarabiają więcej niż ich koledzy pracujący dla tradycyjnych gazet

Z ankiety dotyczącej średnich pensji dziennikarskich na Wyspach (przeprowadzonej przez biuro pośrednictwa pracy PFJ) wynika, że dziennikarze publikujący swoje materiały w Internecie (na stronach internetowych gazet, w serwisach informacyjnych lub profesjonalnych blogach), zarabiają więcej niż ich koledzy piszący wyłącznie dla drukowanych wydań gazet.

Badanie, którym objęto 4,299 brytyjskich pracowników wykazało, że średnia roczna pensja dziennikarza z dwuletnim doświadczeniem zatrudnionego w sektorze internetowym wynosiła około 20,000 funtów. Dla porównania, dziennikarz z podobnym doświadczeniem, pracujący dla gazety lokalnej, zarabia 18,000 funtów rocznie.

Różnica między pensjami pracujących w obu sektorach rośnie w zależności od stażu pracy dziennikarza. I tak, dziennikarze tradycyjnych gazet z trzyletnim doświadczeniem w branży zarabiają między 24,000 a 30,000 funtów rocznie. Pensja dziennikarzy internetowych w tym przypadku to już 35,000 funtów rocznie.

Po 10 latach pracy, dziennikarze gazet lokalnych cieszą się pensją równą 40 tysiącom funtów rocznie. Ich równie doświadczeni koledzy publikujący w Internecie zarabiają rocznie o 20 tys. funtów więcej.

"Internetowy rynek pracy oferuje dziennikarzom przeciętne wynagrodzenie do czasu aż staną się w pełni zaangażowani w strategię portalu / strony internetowej, dla której pracują (mniej więcej 3-5 lat). Po tym czasie następuje gwałtowny wzrost płac" - informuje PFJ. Te informacje mogą być bardzo motywujące dla brytyjskich dziennikarzy, zwłaszcza w chwili gdy coraz więcej gazet umacnia swoje internetowe struktury.

Czy będzie to miało kiedykolwiek jakieś przełożenie na polski rynek pracy? Być może w dużych, zintegrowanych redakcjach, w których część dziennikarzy specjalizować się będzie wyłącznie w tekstach publikowanych online, tak właśnie będzie. Niestety, w naszej rzeczywistości, wielu dziennikarzy podpisując umowę o pracę musi wyrazić zgodę na przetwarzanie swoich tekstów w formie elektronicznej i na umieszczenie ich w różnego rodzaju archiwach, stronach internetowych itp. Jak Państwo sądzicie, czy dziennikarz, którego materiał umieszczany jest w kilku publikacjach (w tym internetowych) nie powinien mieć prawa do dodatkowego wynagrodzenia?

3 lipca 2007

10 powodow, dla ktorych dziennikarstwo przetrwa rewolucje internetowa

Na chwile przed audycja Krzysztofa Urbanowicza W sieci sieci postanowilem wtracic swoje trzy grosze do tematu Czy Internet pozre prase?.
Przede wszystkim uwazam, ze pytanie jest nie do konca dobrze postawione. Jezeli za prase uznamy kazdy utwor dziennikarski wydrukowany na papierze, to zapytalbym raczej nie czy, ale kiedy to nastapi. Tak jak w przypadku kazdej rewolucji (obecnie informatycznej, internetowej, jak kto woli) i tutaj ludzi przyzwyczajonych do starego (dotyk i szelest papieru) bedzie coraz mniej. Przy takiej definicji prasy, moje stanowisko jest jasne.
Jezeli jednak za prase uznamy kazdy utwor dziennikarski, opublikowany czy to w gazecie, czy w Internecie (prosze mnie poprawic jesli sie myle, ale swietle obowiazujacego prawa prasowego, w Polsce jako prasa zdefiniowane sa zarowno gazety, jak i radio, telewizja oraz Internet), to moje stanowisko jest juz mniej jednoznaczne, ale za to duzo bardziej optymistyczne.

Mark Glaser, dziennikarz, krytyk i ekspert od nowych mediow, na swoim blogu Mediashift podaje nastepujace powody, dla ktorych dziennikarstwo dlugo jeszcze bedzie w centrum zainteresowania:
1. Nieustannie rosnacy zasieg dziennikarstwa. Poprzez Internet, dziennikarstwo nabralo charakteru globalnego. Mieszkancy roznych zakatkow Ziemi nie sa juz skazani na informacje pochodzace wylacznie z mediow lokalnych czy krajowych. Elektroniczne wersje gazet, telewizje internetowe, blogi i podcasty pomagaja dotrzec do informacji u samego ich zrodla. Co prawda nikt jeszcze nie wymyslil jak internetowe dziennikarstwo moze pomoc sprzedac reklame czytelnikowi z drugiego konca swiata, ale i ten problem bedzie z pewnoscia wkrotce rozwiazany.
2. Elektroniczne agregatory informacji i spersonalizowane wyszukiwanie sa wygodne dla czytelnikow. GoogleNews, MyYahoo czy mozliwosc grupowania feedow RSS podnosza znaczenie dziennikarstwa. Czytelnik ma mozliwosc zgrupowania interesujacych go artykulow na jednej stronie internetowej.
3. Internet otwiera nowe kanaly dystrybucji informacji. Wczesniej tradycyjne media mialy ich tylko kilka: przez publikacje drukowane, ekran telewizora i fale radiowe. Internet poszerza ten wachlarz: informacje mozna znalezc i dostarczyc online, przy pomocy newsletterow wysylanych na email, przez telefon komorkowy (jak np. ten wlasnie post) lub jakiekolwiek inne urzadzenie przetwarzajace cyfrowe bity i bajty. Jest to dziennikarstwo pozbawione ograniczen w postaci tradycyjnych kanalow dotarcia do odbiorcy.
4. Internet daje wiecej mozliwosci sprawdzenia faktow niz kiedykolwiek w historii. Blogerzy i internetowi wolnomysliciele stanowia istotna przeciwwage dla klasycznego reportazu. Dowodza tego np. internauci, ktorzy w niecale 24 godziny wykryli fotomontaz jednego z laureatow tegorocznego Grand Press Photo.
5. Wspolne projekty profesjonalnych dziennikarzy z kolegami-amatorami nie bylby mozliwy gdyby nie Internet. Portal Wiadomosci24.pl daje mozliwosc zaistnienia amatorom na lamach obok tekstow profesjonalnych dziennikarzy. Z kolei za oceanem, Sunlight Foundation umozliwila dziennikarzom "LA Times" prowadzenie wraz z dziennikarzami obywatelskimi sledztwa, majacego ujawnic, ktory z kalifornijskich kongresmenow nielegalnie zatrudnial czlonkow swojej rodziny. W efekcie wspolnymi silami wykryto, ze zarabiajaca na kampanii aktorka o pseudonimie LonelyGirl15, to powiazana z kongresmanem o tym samym nazwisku, Jessica Rose.
6. Rosnace znaczenie blogerow i niezaleznych dziennikarzy internetowych pozwala uslyszec wiecej glosow w powszechnej dyskusji. Wczesniej, by skomentowac wydarzenie, trzeba bylo byc pracownikiem mainstreamowych mediow. Dzis, dzieki Internetowi, coraz bardziej popularna staje sie ta forma dziennikarska - komentarz.
7. Internet sprawia, ze dziennikarstwo mowi bardziej osobistym glosem i przez to jest bardziej przejrzyste niz kiedykolwiek. Teksty dziennikarskie staja sie bardziej osobiste, ludzkie, a przez to blizsze czytelnikowi.
8. Rosnace przychody ze sprzedazy reklam w Internecie. Podczas gdy wydawcy narzekaja na spadki przychodow z reklam w tradycyjnych mediach, Internet jest jedyna alternatywa na spowolnienie tego spadku. Z ekonomicznego punktu widzenia dobre dziennikarstwo (takze w Internecie) musi istniec, by przyciagnac czytelnikow, a wraz z nimi - reklamodawcow.
9. Internet, a wraz z nim dziennikarstwo internetowe, pomaga chronic srodowisko. Oznacza to, ze wydawcy przechodzac z klasycznego druku na forme elektroniczna, swiadomie lub nie, oszczedzajac drzewa przyczyniaja sie do redukcji zagrozenia zwiazanego z globalnym ociepleniem.
10. Elektroniczne materialy dziennikarskie nie maja konca. Aby napisac kontynuacje materialu dziennikarskiego w gazecie, potrzeba profesjonalnego dziennikarza. Mozliwosc "wykopania" elektronicznej wersji starego materialu, skomentowania badz zaktualizowania go w kazdej chwili, znacznie przedluza jego zycie.

Te 10 argumentow powoduje, ze nie mam obaw co do przyszlosci i dalszego znaczenia dziennikarstwa. A czy bedzie ono wazniejsze w formie elektronicznej niz na papierze, to juz zupelnie inna kwestia.