Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azja. Pokaż wszystkie posty

29 października 2008

Zmierzch prasy drukowanej jeszcze nie w Japonii

Ze względu na starzejące się społeczeństwa i rosnącą popularność Internetu, śmierć prasy drukowanej jest bardziej niż pewna. Ale dlaczego w tak zaawansowanym technologicznie kraju jak Japonia zjawisko to dokonuje się tak wolno? Zjawisko to przeanalizował niedawno Washington Post i wydaje się, że wydawcy prasowi w kraju kwitnącej wiśni mogą jeszcze przez parę lat spać w miarę spokojnie.

Japonia jest krajem z największym odsetkiem osób czytających papierowe wydania gazet (624 na 1000 dorosłych kupuje drukowaną gazetę). Jest to wynik dwuipółkrotnie wyższy niż w Stanach Zjednoczonych. Podczas gdy nakłady amerykańskich gazet spadły o ponad 15 procent w ciągu ostatnich 10 lat, w Japonii spadek ten wyniósł zaledwie 3,2 procenta. Pięć największych japońskich dzienników utrzymało przez ten czas niemal niezmieniony poziom czytelnictwa. Średnio niewiele więcej niż jedna gazeta dostarczana jest do każdego japońskiego domu. Gazeta "Yomiuri", dla przykładu, jest największym na świecie dziennikiem o nakładzie wyższym niż 10 milionów egzemplarzy (dla porównania, średni dzienny nakład największego w Polsce dziennika "Fakt" wyniósł w sierpniu niewiele ponad 650,000 egzemplarzy - dane ZKDP). W minionej dekadzie liczba amerykańskich etatów redakcyjnych zmalała o 10% - W Japonii jeszcze o tym zjawisku nie słyszano.

Co takiego jest specyficznego dla japońskiego społeczeństwa, że spadki czytelnictwa nie są tam jeszcze tak odczuwalne? Tajemnica tkwi w demografii. Młodzi mieszkańcy Japonii tak samo nie lubią czytać z papieru, jak ich rówieśnicy z innych rozwiniętych państw i z pewnością byłoby to korzystne dla wydawców, gdyby nagle polubili to medium. Problem w tym... że na niewiele by to się zdało.

Starszym nadal łatwiej jest otworzyć gazetę niż korzystać z komputeraJaponia jest niechlubnym liderem wśród państw o starzejących się populacjach. Liczba młodych ludzi (poniżej 14 lat) spada konsekwentnie od 27 lat i jest aktualnie najniższa od 1908 roku. Taki stan rzeczy oznacza bardzo złe prognozy ekonomiczne dla tego kraju. Jeżeli ten trend nie ulegnie zmianie, około 70 procent siły roboczej w najbogatszej gospodarce świata zniknie przed rokiem 2050, a wzrost gospodarczy zmaleje do zera (prognoza Japońskiego Centrum Badań Ekonomicznych).

Z drugiej strony, starsi mieszkańcy kraju nadal wolą wydania papierowe gazet, ponieważ wciąż jest im łatwiej otworzyć ulubiony dziennik przy śniadaniu niż skorzystać z komputera. Osoby starsze niż 65 lat stanowią aktualnie 22% populacji Japonii, co, ponownie, jest najwyższym tego typu wskaźnikiem na świecie. Rząd przewiduje, że ta grupa wiekowa do 2040 roku przewyższy czterokrotnie liczbę Japończyków młodszych niż 14 lat.


Nie można rozdawać treści, za które czytelnik jest jeszcze gotów zapłacićJapońscy wydawcy są świadomi pewnej śmierci swoich biznesów w tym sektorze. Ale zanim ta śmierć nastąpi, zgodnie opierają się światowym trendom przenoszenia wszystkich informacji z gazety do Internetu. Wydania papierowe i elektroniczne większości japońskich gazet, to wciąż dwa różne od siebie produkty, pokrywające się zawartością zaledwie w 20 procentach. Powód dla którego strategie amerykańska i japońska tak bardzo się od siebie różnią jest taki, że w Japonii nie widzi się odpowiedniego modelu biznesowego, który przynosiłby wystarczające zyski z zapełniania sieci darmowym contentem. Upraszczając, japońskie gazety nie widzą celu w oddawaniu za darmo tych treści, za które czytelnicy są jeszcze skłonni niemało płacić.

I rzeczywiście płacą - oto parę statystyk. Roczny koszt dostarczenia gazety do japońskiego domu to wydatek rzędu 470 dolarów rocznie. 95 procent czytelników ma gazetę dostarczaną do domu (dla porównania, w USA jest to około 70 procent sprzedanych gazet). Na całą sieć dystrybucji składa się około 20.000 punktów dystrybucji gazet, które łącznie zatrudniają 424.000 osób.

Przychody ze sprzedaży gazet w prenumeracie stanowią 54% przychodów japońskich wydawców prasowych (w USA jest to około 20% przychodów). Tutaj duże zagrożenie stanowi starzenie się społeczeństwa. Japonia gorzej wypada również w kwestii przychodów ogłoszeniowych - te spadły o 9% w ciągu ostatnich 4 lat, a analitycy przewidują kolejny chudy rok ze spadkiem między 10 a 20 procent.

Ale japońskie gazety mają też inne wskaźniki po swojej stornie. W tym kraju aż 85 procent mieszkańców ufa temu, co czytają w gazetach (w USA ten wskaźnik wynosi 20%). Również tradycja tego kraju ma znaczenie - w Japonii większą wagę przykłada się do czytania i pisania niż mówienia i dyskutowania.

Tak dobre wyniki sprzedaży gazet nie utrzymają się długo. Rynek zaczął się kurczyć już 3 lata temu, a w ciągu 50 lat, według rządowych prognoz, 127 milionowa populacja zmniejszy się o jedną trzecią. Ci, którzy będą wówczas żyli, będą obecnymi młodymi Japończykami, którzy dorastają na informacjach dostarczanych przez telefony komórkowe.




20 sierpnia 2008

Konflikt gruzińsko – rosyjski oczami mediów

Długo się zbierałem do napisania opinii na temat zeszłotygodniowych zajść w Gruzji, a co ważniejsze (w kontekście tego bloga) do relacji, jakie miały miejsce na łamach polskich i zachodnich gazet. Nie będzie to wpis ani prorosyjski, ani progruziński. Bardziej zastanawia mnie fakt, czy aby media nie powtórzyły zachowania Kremla. Rosja czekała na pretekst, jakim była akcja zbrojna Gruzinów na terytorium Osetii Południowej. Media z kolei dostały pretekst, by pogrozić Rosji za prężenie muskułów na arenie międzynarodowej.

Działania militarne z pewnością wygrała Rosja, „ale to Gruzini rozegrali grę bardziej sprawnie” – napisał dla „GuardianaPeter Wilby. Autor tego ciekawego artykułu (z racji odmiennego punktu widzenia) jest zdania, że gruzińska maszyna Pi-aRowska szybko rozpoczęła pracę, publikując informacje prasowe już od samego początku konfliktu. Pierwsze oficjalne doniesienia dla agencji prasowych spływały z Gruzji już w pierwszej godzinie od rozpoczęcia walk.

Wilby argumentuje, że media w relacji z konfliktu były jednostronne, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że połowa świata patrzyła wówczas na relacje z igrzysk olimpijskich, a druga połowa – na wydarzenia w Gruzji. Wśród refleksji autora znalazła się myśl: „Czytelnicy pragną bomb, czołgów i liczby ofiar. Muszą być poinformowani, kto w konflikcie jest tym dobrym, a kto złym. Nie zapominajmy, że informacje są częścią branży rozrywkowej”.

Informacja prasowa nie jest narzędziem często stosowanym przez Rosjan. Z tego chociażby względu można uznać relacje z Południowej Osetii za częściowo jednostronne. Rosja próbowała się bronić w walce na PR, ale obronę rozpoczęła zbyt późno – rosyjska Organizacja Ochrony Praw Człowieka (Human Rights Watch) określiła materiały z mediów zachodnich jako propagandę i dezinformację. Vsepolog Bogdanov, członek Rosyjskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy jest zdania, że materiał prasowy w połączeniu z opinią nie jest już informacją.

Wygląda na to, że mimo, iż gruziński PR był jak do tej pory był silniejszy, wojna informacyjna nadal trwa. Przeczytałem dziś, że rosyjskie władze zwróciły się do mediów z prośbą o materiały, które mogłyby być dowodem gruzińskiej agresji i przemocy. Rosyjski związek wydawców prasowych poinformował, że w rosyjskiej prokuraturze toczy się sprawa przeciwko Gruzji oskarżanej o “czystki etniczne mniejszości narodowych oraz o zabijanie w sposób niebezpieczny dla bezpieczeństwa publicznego”.

Co ciekawe, pod groźbą zamknięcia stoi rosyjska „Novaya Gazeta”, oskarżona dziś o szerzenie nienawiści do Gruzinów. W jednym z artykułów gazeta zacytowała wypowiedź ultranacjonalistycznej organizacji, Ruchu Przeciwko Nielegalnej Imigracji, z której wynikało, że "Gruzini mieszkający na terenie Rosji powinni zostać rozmieszczeni w obozach dla uchodźców, a przeprowadzane przez nich akty sabotażu osłabiają rosyjską gospodarkę". Niestety, brak jest dalszych informacji: czy cały artykuł w gazecie miał antygruziński charakter?. Gazeta broni się, że w trakcie walk była jedynym medium w Rosji pozwalającym Gruzinom zabrać głos w swojej sprawie. A już wyjątkowo zaskakujący jest fakt, że cytowana nacjonalistyczna organizacja, nie dostała od władz żadnego ostrzeżenia.

Jeszcze raz podkreślam, nie uważam ingerencji Rosji w ten konflikt za słuszną decyzję – niewytłumaczalne jest dla mnie w dzisiejszym świecie organizowania manewrów wojskowych i testowanie swoich sił na żywym organizmie. Ciekawe jest tutaj, jak wielkie znaczenie może mieć aspekt PR nawet w sprawie, która ociera się o życia ludzkie. A moje pytanie dotyczy wyłącznie stosunku mediów do tego konfliktu... czy przy tak zorganizowanej akcji PR ze strony Gruzji, media nie znalazły zbyt szybko winnego, zamiast skupić się na przyczynach konfliktu? Czy można potępiać wyłącznie jedną stronę, skoro druga nie wydaje się krystalicznie czysta? I wreszcie, może media miały w 100% rację obwiniając za wszystko Rosję i grożąc jej wspólnie z NATO palcem?

30 lipca 2008

Cenzura internetu jest główną zmorą dziennikarzy przed olimpiadą w Pekinie

Do igrzysk olimpijskich w Pekinie jeszcze 10 dni, a dziennikarze już doskonale wiedzą, co będzie ich największą przeszkodą w trakcie tego eventu. Przedstawiciele mediów przekonali się, że przynajmniej jedna rzecz nie będzie w trakcie igrzysk otwarta: internet.

Pomimo wcześniejszych zapewnień ze strony chińskiego rządu, że zagraniczni korespondenci na igrzyskach olimpijskich w Pekinie będą mieli niczym nieograniczony dostęp do internetu i głównego centrum prasowego, organizatorzy wycofują się z tych obietnic. Według raportu Associated Press, około 5,000 reporterów pracujących w Pekinie podczas igrzysk, nie będą mogli dostać się na wiele stron internetowych, w tym na stronę Amnesty International, czy jakąkolwiek stronę zawierającą słowo Tibet w adresie.

W kwietniu tego roku, Międzynarodowy Komitet Olimpijski został zapewniony przez organizatorów, że na czas trwania igrzysk, cenzura internetu, do której mieszkańcy Chin już przywykli, zostanie zniesiona.

Członkowie MKO przytoczyli wczoraj sprostowanie, informujące, że wolność internetu dotyczy wyłącznie korzystania ze stron związanych z kategoriami zawodów olimpijskich. Niektórzy dziennikarze wnoszą już protesty dotyczące prędkości internetu w Chinach - twierdzą, że jest to celowe działanie organizatorów, mają na celu zniechęcenie dziennikarzy do tej formy komunikacji.

Nie są to jedyne ograniczenia, którym podlegają w Chinach zagraniczni dziennikarze. Wiceprezes stacji NBC Sports, która za możliwość transmisji igrzysk zapłaciła około 900 milionów dolarów, poprosił organizatorów o zniesienie zakazu transmisji wydarzeń i wywiadów ze słynnego placu Tiananmen. W odpowiedzi otrzymał czytelne zdanie, by nie przeciągać struny.


Fair play. Free Tibet.

28 lipca 2008

Najwięcej użytkowników internetu mieszka w Chinach

W piątek gazeta "China Daily" poinformowała, że Chiny cieszą się od teraz największą liczbą użytkowników internetu. Według gazety, powołującej się Chińskie Centrum Informacji Sieciowej, 19% społeczeństwa chińskiego (lub inaczej mówiąc 253 miliony użytkowników, loguje się do sieci codziennie.

Dla porównania, Stany Zjednoczone miały średnio 223 miliony użytkowników internetu w czerwcu.

Uczniowie chińskich szkół średnich składają się na 39 miliony użytkowników, a internauci poniżej 30. roku życia stanowią 69% wszystkich korzystających z internetu w Chinach.

Ilość użytkowników nie przekłada się jednak na stopień penetracji rynku, ani na jego wartość rynkową. Dla porównania, stopień penetracji rynku internetowego w Rosji urósł do 21% w Rosji. W tej kategorii przoduje Grenlandia, której stopień penetracji rynku wynosi 92% (ale przy populacji 56,000 mieszkańców). Druga w tym rankingu jest Holandia z 90% stopniem penetracji rynku (przy około 15 milionowej populacji).

W Polsce obecnie jest około 14 mln internautów. Penetracja rynku internetowego, zgodnie z prognozami powinna przekroczyć w tym roku 43 procent (według Money.pl).

10 lipca 2008

Przyznawać się do błędu, czy nie?

Błędy, sprostowania, uzupełnienia, przeprosiny... co łączy te wszystkie określenia? Wspólna niechęć polskich gazet do publikowania ich na swoich łamach. Redakcje polskich gazet potrafią zrobić naprawdę wiele, byle tylko nie przyznać się do błędu.

Dlaczego tak podkreślam nietypowość naszego rynku prasowego? Redakcje (być może słusznie, swoją drogą jestem ciekaw czy były prowadzone jakieś badania na ten temat) obawiają się, że zbyt duża liczba sprostowań spowoduje spadek ich wiarygodności w oczach czytelnika, a w konsekwencji odejście tego czytelnika do innej gazety.

Sytuacja wydaje się być jak najbardziej logiczna i zrozumiała. Ale jak czytam w "Dziennikarstwie" autorstwa Marka Chylińskiego i Stephana Russ-Mohla:

"Francuskie gazety natomiast, które sprostowania publikują bez zbędnych utrudnień, nawet gdy nie są w pełni przekonane do racji adwersarza, uznawane są przez czytelników za bardziej wiarygodne!"

I dalej, z tej samej książki:

"Inaczej jest w Stanach Zjednoczonych, tam "corrections" są oczywistością, przynajmniej w prasie. Odbiorcy doceniają, że gazeta ich nie zwodzi i odpłacają zaufaniem - gazety, które prowadzą stałą rubrykę sprostowań, w sondażach cieszą się większą wiarygodnością".

Nieważne już, który rynek jest nietypowy - nasz, czy ten francuski lub amerykański. Ostatnio jednak natknąłem się na ciekawy przypadek z Indii. Tamtejsza gazeta "Mint" (anglojęzyczna, powstająca w kooperacji z "The Wall Street Journal") ma bardzo ciekawą politykę dotyczącą publikacji sprostowań. Po pierwsze, na drugiej stronie gazety zamieszczana jest specjalna rubryka, w której publikowane są wyjaśnienia i sprostowania. Jest to jedna z najpopularniejszych rubryk czytelniczych - czytelnicy śledzą dokładnie materiały, a następnie wysyłają informację o braku lub niepoprawnej informacji w tekście. Duży plus, ponieważ jest to zawsze dodatkowa interakcja z czytelnikiem.

Ale naprawdę duże wrażenie zrobiło na mnie inne działanie redakcji "Mint". Z okazji pierwszych urodzin gazety, redakcja postanowiła pokazać statystyki popełnianych błędów:


W efekcie umieszczono dwa wykresy pokazujące udział rodzaju błędu (merytoryczny, liczbowy, ortograficzny itp) w ogólnej liczbie błędów oraz, co chyba najciekawsze, podobny wykres, tyle że dotyczący winowajcy błędnej publikacji:


No cóż, errare humanum est, trzeba tylko umieć przyznać się do tego błędu. A Państwo którą ze szkół dotyczącą publikacji sprostowań preferowalibyście?

29 maja 2008

Chińskie władze nie pozwoliły rodzinie dziennikarza na odbiór nagrody wolności słowa

O zbliżającym się kongresie World Newspaper Congress pisałem już parę razy (tutaj i tutaj). Przez cały przyszły tydzień postaram się na bieżąco aktualizować bloga, relacjonując wydarzenia z Goeteborga w Szwecji. Wygląda jednak na to, że tym, którzy najbardziej zasługują na udział w tej konferencji, nie będzie dane w niej uczestniczyć.

Żona i córka Li Changqinga, zwolnionego niedawno z więzienia chińskiego dziennikarza, miały nadzieję odebrać w imieniu dziennikarza Złote Pióro - coroczną nagrodę wolności słowa. Zamiast tego, pozbawiono ich paszportów przed samym wylotem na lotnisku w Pekinie. Władze chińskie wezwały również krajowe media do bojkotu nadchodzących w Szwecji wydarzeń.

Li Changqing, reporter i szef sekcji informacyjnej w "Fuzhou Daily" został zwolniony z aresztu w lutym, po odbyciu 3-letniej kary więzienia. Aresztowano go za "preparowanie i rozpowszechnianie fałszywych informacji". Dziennikarz odkrył i opublikował artykuł o wybuchu epidemii malarii w rodzinnym mieście, zanim władze poinformowały o tym społeczność lokalną.

Timothy Balding, szef World Association of Newspapers wydał oświadczenie potępiające "skandaliczny, nowy sposób na nadużywanie władzy przez Chińczyków". Ponadto dodał: "(Chińczycy), niezadowoleni z efektów ograniczania dostępu do informacji poprzez zamykanie w więzieniach tuzinów dziennikarzy, muszą już śledzić i ograniczać kroki ich rodzin".

31 marca 2008

Chiny: tajne rządowe memo dotyczące "zarządzania" zagranicznymi dziennikarzami


W kontekście mojego wczorajszego wpisu, organizacja Reporterzy bez Granic informuje o dotarciu do tajnej notki rządowej w Chinach. Instruuje ona, w jaki sposób przedstawiciele rządu powinni odnosić się do zagranicznych dziennikarzy w trakcie igrzysk olimpijskich w Pekinie. Notka nakazuje okazywanie otwartości, ale także podejmowanie prób uzyskiwania kontroli i wpływania na treści produkowane przez korespondentów.

Komentarz Reporterów bez Granic: "Poprzez ustalanie bardziej elastycznych dyrektyw dotyczących pobytu zagranicznych dziennikarzy na terenie Chin, chińskie władze wprowadzają równolegle strategię wpływania na międzynarodowe media. Część utajnionej notatki rządowej jest próbą zapewnienia lepszej informacji dziennikarzom, ale jednocześnie dowodzi, że władze nigdy nie porzuciły myśli o cenzurowaniu wiadomości".

Rządowy plan, którego dotyczy notka, datowany jest na 2007 rok i składa się z sześciu wytycznych:

  1. przygotowanie strategii udzielania wywiadów
  2. poprawienie systemów, w których pracują agencje prasowe
  3. budowanie propagandy dla mediów zagranicznych
  4. tworzenie pozytywnego wizerunku w internecie
  5. kontrolowanie opinii w sytuacjach kryzysowych
  6. szkolenie przedstawicieli rządowych w zakresie public relations

30 marca 2008

To nie był dobry tydzień dla wolności słowa na świecie

W minionym tygodniu miały miejsce wydarzenia, których dzięki temu, że żyjemy w kraju o wolnych mediach, nie musimy doświadczać na własnej skórze. Nie zaszkodzi o nich jednak wspomnieć.

Informacja o pierwszym z nich przyszła w czwartek z Egiptu - tam redaktor naczelny gazety "Al-Dustur", Ibrahim Eissa, został w ostatnią środę skazany na sześć miesięcy więzienia za to, że na łamach swojej gazety przytoczył plotki o złym stanie zdrowia prezydenta Egiptu, Hosni Mubaraka. Oficjalne oskarżenie brzmiało: "rozsiewanie fałszywych informacji, które szkodzą interesowi społecznemu i wewnętrznej stabilizacji". Spekulacje o stanie zdrowia Mubaraka są bardzo popularne w niezależnej prasie egipskiej, która od dłuższego czasu przytacza raporty ze szpitali, czy zdrowotnych podróży zagranicznych prezydenta.

Dzień po doniesieniach z Egiptu przyszły niepokojące wieści z bliższej nam Białorusi. Pod pretekstem odwetu za emitowaną przez TV Biełsat kreskówkę szydzącą z Łukaszenki, dokonano rewizji w 4 redakcjach (TV Biełsat, Radio Racja, Radio dla Białorusi W Mińsku i gazeta "Pahonia" w Grodnie) oraz w 18 mieszkaniach prywatnych białoruskich dziennikarzy. Skonfiskowano wszystkie urządzenia potrzebne do pracy dziennikarskiej (komputery, płyty CD, aparaty fotograficzne) i zatrzymano 20 osób, które po przesłuchaniach zostały zwolnione. Według działaczy białoruskiej opozycji, kreskówki były wyłącznie pretekstem, a prawdziwym powodem - niezależne relacje z manifestacji 25 marca na cześć 90. rocznicy niepodległości. Więcej informacji na ten temat podaje Gazeta Wyborcza.

Rok temu, organizacja na rzecz wolności słowa, Freedom House, opublikowała mapę wolności prasy na świecie w 2006 roku:
Na zielono zaznaczono kraje, których prasę organizacja uznała za wolną. Kolor żółty oznacza media częściowo wolne, kolor granatowy to państwa, w których nie ma wolnych mediów. Jak widać, sytuacja w Egipcie i na Białorusi, nie uległa pod tym względem zmianie.

Podobnie w Chinach (Tybecie), gdzie w świetle ostatnich wydarzeń i demonstracji, rząd zakazał wjazdu jakimkolwiek zagranicznym dziennikarzom. Wszystko, by jak najmniej informacji z kraju wydostało się poza jego granice. W świetle tych wydarzeń, sobotnia "Gazeta Wyborcza" zachęca wszystkich czytelników do udziału w akcji "Solidarni z Tybetem.". Tutaj zobaczyć można zdjęcia osób pragnących wyrazić protest przeciwko łamaniu praw człowieka w Tybecie. Zamierzam się przyłączyć.

2 marca 2008

Jedno z najbardziej wpływowych zdjęć 2006 roku okazało się manipulacją

Poniższe zdjęcie obiegło świat - opublikowało je ponad 200 gazet, wyróżniono je także brązowym medalem w konkursie najbardziej wpływowych zdjęć świata w 2006 roku (sponsorowanym przez CCTV, chińską telewizję publiczną). Przed kilkoma dniami czasopismo "Nature" poinformowało, że fotka została zmanipulowana.
Na zdjęciu widać przebiegające stado zagrożonych tybetańskich antylop, najwyraźniej wcale nie przestraszonych przejeżdżającym nad nimi pociągiem. W komunistycznych Chinach, w których nad wyraz przywiązuje się wagę do symboli, fotografia była wychwalana jako obraz niezachwianej harmonii między człowiekiem i naturą.

Autor zdjęcia, fotograf Liu Wei-Qiang przyznał się do cyfrowej obróbki zdjęcia. Zarówno pociąg jak i zwierzęta są prawdziwe, jedynie moment przedstawiony na zdjęciu nigdy nie nastał, mimo oczekiwania w tym samym miejscu przez ponad dwa tygodnie. Autor, jak twierdzi, zdecydował się nałożyć na siebie oba zdjęcia, by wzbudzić zainteresowanie opinii publicznej problemem ginącego gatunku antylop. To była jego ostatnia wypowiedź przed zwolnieniem z redakcji "Daqing Evening News".

W wykryciu manipulacji znów pomogli internauci. Piszę "znów", ponieważ także u nas, w maju zeszłego roku, internauci dopatrzyli się manipulacji zdjęcia wyróżnionego w Grand Press Photo. Jego autor, Piotr Skórnicki (wówczas pracownik poznańskiej redakcji "Gazety Wyborczej"), wyedytował zdjęcie dodając kilka gołębi stojących na dachu przystanku.
Zdarzenie opisywał w zeszłym roku miesięcznik "Press".

29 sierpnia 2007

"Novaya Gazeta" dostępna po angielsku


"Novaya Gazeta", jest już dostępna po angielsku - lecz jedynie w Internecie. Ta znana z reportażu śledczego rosyjska gazeta zaczęła w miniony czwartek umieszczać tłumaczenia wybranych artykułów.

W tej chwili strona zawiera sześć artykułów, a wśród nich znalazł się reportaż dotyczący zeszłorocznego morderstwa reporterki tej gazety, Anny Politkowskiej (artykuł "Jak zabito Annę?") oraz tekst o niedawnym zamachu bombowym na pociąg jadący z Moskwy do Sankt Petersburga (artykuł "Wersja Expressowa").

"Novaya Gazeta" cieszy się oficjalnym nakładem w wysokości 180,000 egzemplarzy i wychodzi 3 razy w tygodniu. W wersji drukowanej dystrybuowana jest również na terenach Izraela i Kazachstanu. Niedawno jako tygodnik rozpoczęła sprzedaż w wersji rosyjskojęzycznej na terenie Niemiec (nakład ok. 9,500 egzemplarzy). Właścicielem gazety w 90% jest milioner Alexander Lebedev, deputowany do parlamentu (Państwowej Dumy), pozostałe 10% należy do Michaiła Gorbaczowa.

Źródło: The Moscow Times

23 czerwca 2007

Walka poludniowokoreanskich gazet z Internetem

Koreanski Zwiazek Prasy Elektronicznej wpadl na nietypowy pomysl walki z konkurencyjnymi, ich zdaniem, portalami internetowymi. Zwiazek planuje nalozenie czasowego limitu (7 dni) na publikowane przez portale materialy pochodzace z gazet.

W praktyce oznacza to, ze od poczatku lipca, koreanscy uzytkownicy nie beda mogli wyszukiwac w portalach materialow prasowych starszych niz 7 dni. Zamiast tego, aby przeczytac poszukiwany artykul, beda musieli go znalezc na internetowych stronach gazety.

Planowany krok ma odwrocic trend dotyczacy czytelnictwa poludniowokoreanskich gazet, ktore stracily swa hegemonie na rzecz Internetu.

Koreanski Zwiazek Prasy Elektronicznej, do ktorego naleza wiodace poludniowokoreanskie dzienniki (w tym cztery najwieksze: "Chosun Ilbo", "Joongang Ilbo", "Donga
Ilbo"
i "Hankook Ilbo") w srodowym komunikacie podalo, ze jego 11 czlonkow glosowalo za wprowadzeniem siedmiodniowego ograniczenia od 1 lipca, wraz z odnawianiem umow z portalami internetowymi. W swietle nowych umow, portale zobowiaza sie do usuwania wszystkich archiwalnych materialow pochodzacych z gazet (wraz z tytulami), starszych niz siedem dni.

Han Ki-bong, przewodniczacy Zwiazku tak motywuje ten bezprecedensowy krok:
"Az do teraz wiekszosc portali internetowych archiwizowala materialy prasowe we wlasnych zbiorach, tym samym ekonomicznie wzmacniajac wylacznie wlasne przedsiewziecie. To nie w porzadku. Ruch internetowy powinien byc skierowany z powrotem tam, skad oryginalnie wywodza sie poszukiwane materialy, czyli na strony internetowe gazet i ich wydawcow".

Wydaje sie, ze portale internetowe beda musialy zaakceptowac nowe postanowienia, nie wiadomo tylko jak na to zareaguja najbardziej zainteresowani, czyli uzytkownicy.

Ciekawe, czy jest to rozwiazanie, za ktorym w slad moglyby pojsc inne kraje. Czy jest to wlasciwy sposob na przywrocenie silnej pozycji gazetom w dobie rosnacego znaczenia Internetu? I czy pozbawienie portali internetowych mozliwosci dystrybuowania tresci materialow prasowych byloby do zaakceptowania przez internautow?

Za: "The Korea Times"