Papier nie zastąpi internetu - nie ulega to wątpliwości. Ale dlaczego nie skorzystać z doświadczeń rozmaitych praktyk w sieci i spróbować przenieść te najlepsze na papier? Czy możliwe byłoby linkowanie w papierze? Czy architektura informacji w internecie możliwa jest do przeniesienia na papier? Czym to może zaowocować? Przekonajcie się.25 listopada 2009
A gdyby tak przenieść internet na papier?
Papier nie zastąpi internetu - nie ulega to wątpliwości. Ale dlaczego nie skorzystać z doświadczeń rozmaitych praktyk w sieci i spróbować przenieść te najlepsze na papier? Czy możliwe byłoby linkowanie w papierze? Czy architektura informacji w internecie możliwa jest do przeniesienia na papier? Czym to może zaowocować? Przekonajcie się.24 listopada 2009
Czy Microsoft chce przekupić Murdocha, by ten zdjął swoje treści z Google?
20 listopada 2009
Amerykański serwis dziennikarstwa obywatelskiego chce płacić profesjonalistom
18 listopada 2009
Times Online z opłatami w przyszłym roku
Murdoch zaczyna zamieniać słowa w czyn. Jego "Times of London" ma wprowadzić opłaty w pierwszej połowie przyszłego roku. James Harding, naczelny gazety, powiedział, że planowane są 24 godzinne abonamenty oraz inne formy subskrypcji, ale mikroopłaty (opłaty za wybrane artykuły) z pewnością nie będą wprowadzane.Harding powiedział serwisowi Paid Content, że gazety są niedoceniane i koniecznym jest "stworzenie od podstaw nowego modelu biznesowego gazet, systemu zbierania informacji i dystrybucji". Podkreślił cenę wysokojakościowego dziennikarstwa i przypomniał, że "The Times" wydał półtora miliarda funtów na biuro w Bagdadzie w trakcie wojny irackiej, czy 10 tys. funtów na wysłanie korespondenta na Sri Lankę, w celu raportowania o przemocy na północy tej wyspy.
"Times" i "Sunday Times" będą najprawdopodobniej pierwszymi z portfolio News Corp., których wersje internetowe będą całkowicie płatne. W innym wywiadzie Harding dodał, że dzienny dostęp do serwisu gazety będzie kosztował tyle samo, co wydanie papierowe gazety, czyli na dzień dzisiejszy 90 pensów. Zmianie modelu biznesowego towarzyszyć będzie redesign strony Times Online i wyodrębnienie z jej struktur strony Sunday Times.
Mikroopłaty, które już były omawiane na tym blogu, Harding traktuje jako niewłaściwy kierunek. Argumentuje to tym, że mogłyby doprowadzić do zmiany linii gazety i zaowocować większą ilością informacji na temat Britney Spears, niż np. o Tamilach z północnej części Sri Lanki.
17 listopada 2009
Czy Murdoch wycofa swój content z Google?
Po artykule Henryka Jursza, rozgorzała dziś na Blipie ciekawa dyskusja na temat płatnych treści w internecie. Jak widać, temat jest pasjonujący dla wielu osób - każdy uważa, że w pewnym momencie wprowadzenie opłat będzie konieczne, nikt nie wie, jak naprawdę zachowa się rynek po ustawieniu murów cenowych wokół serwisów informacyjnych. Jeden z największych, a na pewno najpopularniejszy z mediowych magnatów, Rupert Murdoch, mówi ostatnio głośno o wycofaniu swoich treści z Google. Wspiera go w tym Matthias Döpfner, CEO niemieckiego giganta, wydawnictwa Axel Springer, twierdząc, że agregowanie treści gazet przez Google jest "równie demokratyczne jak wejście do supermarketu i wypicie piwa za darmo". Walka na argumenty co do dystrybucji contentu przez Google będzie zapewne jeszcze trwać.
Wydawcy uparcie trzymają się stwierdzenia, że Google niczym pasożyt żeruje na ich treściach, zarabiając na ruchu towarzyszącym i nie traktują już tej firmy jako sposobu na dystrybucję treści i ułatwieniu czytelnikom dotarcia do nich. Pojawiają się nawet argumenty, że równoczesne wycofanie swoich treści z wyszukiwarki, mocno osłabi tego giganta.
Tymczasem niemiecka firma consultingowa, The Reach Group, postanowiła sprawdzić, na ile ucierpi potęga Google, gdyby wszyscy niemieccy wydawcy wycofali z niej naraz swoje treści. Wiecie jak bardzo? Prawie wcale.
TRG przejrzało około tysiąc serwisów należących do 148 niemieckich wydawców, sygnatariuszy tzw. Deklaracji Hamburskiej, niemieckiego policzka wymierzonego również Google. Przeglądając serwisy, TRG analizowało je pod kątem wyników wyszukiwania przez Google. Tezą badania było to, ile straciłoby pierwszych 10 wyszukań, gdyby wyszukiwarka nie indeksowała stron niemieckich wydawców. Oto efekt:

Inaczej jest z Wikipedią. Ta z kolei stanowi 13% najpopularniejszych wyników wyszukiwań w niemieckim Google:

TRG również zauważa, że Wikipedia stanowi tylko 0,01% zasobów stron indeksowanych przez Google, w porównaniu z 4,01% należącymi do niemieckich wydawców. Mimo tego, Wikipedia ma więcej linków i kliknięć, a w związku z tym zyskuje lepszą pozycję w wyszukiwarce.
Nie tylko niemieccy wydawcy straciliby na takim posunięciu. Całkiem niedawno, serwis TechCrunch pisał, że po wycofaniu treści "Wall Street Journal" z indeksu Google, Murdoch straciłby 25% swojego ruchu na WSJ.com (według HitWise, 10% ruchu WSJ pochodzi z agregatora GoogleNews, 15% z bezpośrednich wyszukiwań w Google).
Nad tym, co dalej zrobi Murdoch, zastanawia się Jeff Jarvis. Nawet jeśli słowa Murdocha są czymś więcej niż próbą badania rynku i sondowania opinii, a News Corp. rzeczywiście zdecyduje się usunąć swoje treści z Google, to nie może on liczyć na to, że reszta wydawców pójdzie w ślad za nim. Murdoch wycofując swoje treści z najpopularniejszej wyszukiwarki, zrobi miejsce pozostałym wydawcom, którzy sami powalczą o swoją część tego tortu.
PS. Google od lat odpowiada wydawcom, że zablokowanie strony przed indeksowaniem jej w wyszukiwarce jest możliwe dzięki plikowi robots.txt
Zdjęcie w tekście zostało udostępnione na licencji CC przez użytkownika pollyalida z serwisu Flickr
16 listopada 2009
Prawie połowa Amerykanów chce płacić za treści w sieci
W kontekście informacji z poprzedniego postu, czas na coś optymistycznego - prawie połowa Amerykanów jest skłonna płacić za informacje online, w tym również za treść stron przeznaczonych dla telefonów komórkowych. W porównaniu z badaniem, w świetle którego ledwie 5% Brytyjczyków gotowych jest wydać parę pensów na informację, badania przeprowadzone przez Boston Consulting Group dają dużą nadzieję amerykańskim (i nie tylko) wydawcom.Jak podaje dzisiejszy "New York Times", według październikowego badania przeprowadzonego przez Boston Consulting Group, 48% amerykańskich czytelników zapłaciłoby za informację online (w tym również na telefonach komórkowych). BCG przeprowadził swoje badania w kilku krajach, a wyniki były najsłabsze w USA i Wielkiej Brytanii (według BCG również w Wielkiej Brytanii odsetek gotowych zapłacić za informacje online wyniósł 48%). Oprócz tych krajów, badanie przeprowadzono jeszcze w Australii, Niemczech, Włoszech, Francji, Hiszpanii, Norwegii i Finlandii. W niektórych z nich, ponad 60% badanych wyraża gotowość do płacenia za informacje.
Najmniej za dostęp do informacji przez internet chcą płacić Australijczycy i Amerykanie - ledwie 3 dolary za miesiąc. Najwięcej Włosi - 7 dolarów miesięcznie.
Zdaniem autorów badania, najmniej chętni do płacenia za informacje są Amerykanie, ze względu na podaż darmowej informacji w sieci. Ta podaż jest "większa, lepsza i bogatsza w USA niż gdziekolwiek indziej". Ich zdaniem, Amerykanie chcą płacić mniej, ponieważ rynek informacji w USA jest dużo bardziej podzielony i z powodu tej fragmentyzacji zawsze znajdzie się ktoś, kto udostępni treści informacyjne za darmo. To podobno odróżnia rynek amerykański od europejskiego, którego rynek informacji jest bardziej pilnowany przez dużych graczy.
Mnie osobiście ta argumentacja nie do końca przekonuje. Jak się okazało, większość opowiadających się za wprowadzeniem opłat w sieci, jest czytelnikami gazet papierowych. Trudno zatem dziwić się ich odpowiedzi, skoro już płacą za treści i prawdopodobnie chcieliby, by każdy inny konsument informacji był traktowany tak samo.
To oczywiście najprostsze rozumowanie, ale dyskusja na temat opłat za treści robi się coraz głośniejsza. Wciąż jednak mam wrażenie, że jest to badanie gruntu, próba edukacji społeczeństwa w temacie opłat za treści online i sondowanie ich opinii. Gdybym miał obstawiać, na tę chwilę, czy opłaty za treści informacyjne staną się powszechne, najbliższym jest mi zdanie Eryka Mistewicza. Pisał on niedawno dla "Dziennika Gazety Prawnej", że media będą prowadzić czytelnika do najważniejszych i sprawdzonych informacji. Tonąc w morzu treści, użytkownik będzie płacił za wyłowienie tych najbardziej interesujących i najbardziej mu potrzebnych artykułów.
Jak zmienił się amerykański konsument informacji w ciągu 9 lat?
Przed dwoma dniami na stronach Pew Internet and American Life Project, pojawiła się ciekawa prezentacja informująca o tym, jak zmienili się odbiorcy w erze cyfryzacji mediów. Jest to interesująca baza wiedzy dla przedstawicieli mediów, którzy w pierwszej kolejności powinni mieć wiedzę na temat swojego odbiorcy. Prezentacja dotyczy rynku amerykańskiego, który wbrew pozorom nie jest nam tak daleki.Oto jak zmienił się rynek i postrzeganie internetu w USA w ciągu dziewięciu lat:
W 2000 roku tylko 46% dorosłych w USA korzystało z internetu, 5% miało dostęp do szerokopasmowego internetu w domu, połowa pełnoletnich Amerykanów posiadało telefon komórkowy, ale nikt nie używał go do korzystania z sieci.
Dzisiaj prawie 80% dorosłych w USA korzysta z internetu, 63% ma dostęp do szerokopasmowego internetu w domach. 85% Amerykanów ma telefon komórkowy, z czego 56% korzysta z internetu mobilnego.
Zachęcam do lektury powyższej prezentacji. Tym, na co warto zwrócić uwagę w pierwszej kolejności jest spadek zaufania do wydawców. Na poniższym wykresie widać jak na przestrzeni kilkunastu lat spadło zaufanie do amerykańskich tytułów prasowych:

Amerykański odbiorca w ciągu dekady przede wszystkim zmienił platformy, z których czerpie informacje. Popularność internetu jako platformy informacyjnej wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat prawie o 20%. Przerażający jest spadek liczby Amerykanów wskazujących gazetę jako źródło, z którego regularnie czerpią informacje:

Ciekawe, że mimo rosnącej popularności i szerszego dostępu do sieci, czas spędzany z informacją maleje. Być może wynika to z ogromnej ilości contentu, nie tylko informacyjnego, dostępnego w internecie. Uwaga internauty jest rozproszona pomiędzy stronami informacyjnymi, a rozrywkowymi, bogatymi w treści video oraz wciąż rosnącymi w popularność, serwisami społecznościowymi.
Prezentacja pokazuje również jak bardzo popularne stają się personalizowane informacje. Już połowa Amerykanów selekcjonuje interesujące ich informacje dzięki korzystaniu z kanałów RSS, personalizowaniu strony głównej, czy subskrybowaniu newsów poprzez alerty emailowe.
Amerykański odbiorca jest coraz bardziej aktywny, nie tylko poprzez komentowanie informacji na stronie głównej, ale także na forach, listach dyskusyjnych czy w serwisach społecznościowych.
4 listopada 2009
Media w internecie: szansa, zagrożenie, konflikt?
Dyskusja na temat przyszłości mediów jest coraz głośniejsza i cieszę się, że zahacza ona również o Łódź. Dzisiaj, na Uniwersytecie Łódzkim, dyskutowali o niej Barbara Piegdoń-Adamczyk (redaktor naczelna łódzkiego wydania "Gazety Wyborczej"), Igor Janke z Salonu24, Piotr Zaremba (publicysta "Polski") oraz Jan Smoleński z Krytyki Politycznej. Spotkanie otwarto dość tradycyjnym pytaniem, czy internet stanie się grabarzem prasy. Pierwsza wypowiedziała się naczelna łódzkiej Wyborczej, twierdząc, iż pogłoski o śmierci gazet drukowanych są przedwczesne. Barbara Piegdoń-Adamczyk stwierdziła, iż istnieją pewne przyczyny - nienazwane, niezidentyfikowane - z powodu których czytelnicy gazet papierowych odchodzą. Raczej mało prawdopodobnym jest by czytelnicy przestawali czytać w ogóle, a więc jedyną możliwością jest, że przenoszą się gdzie indziej. Ważnym spostrzeżeniem, doskonale zresztą widocznym w internetowej strategii Agory, było stwierdzenie, że czytelnicy dzielą się na coraz węższe grupy ludzi, którzy interesują się coraz to nowymi rzeczami. Jak się domyślam, pani redaktor podkreślała w ten sposób znaczenie nisz czytelniczych, o których później wspominali pozostali prelegenci.
Igor Janke widzi przyszłość prasy drukowanej w ciemniejszych barwach. Rozwój internetu jest jego zdaniem czymś zupełnie innym niż przywoływane często momenty w historii gdy pojawiały się nowe media typu kino czy telewizja. Dzisiejszy proces jest poważniejszy, porównywalny znaczeniowo z rewolucją przemysłową. Do niedawna przewidywano, że gazety mogą stracić znaczenie, dzisiaj jako wydawcy odczuwamy to na własnych skórach ("Gazeta Wyborcza" sprzedająca przed dwoma laty 450 tys. egzemplarzy, dziś sprzedaje ok. 300 tys., "Rzeczpospolita" notuje spadki ze 180 tys. do ok 110 tys. w tych samych okresach). Dla Igora Janke jest to dowód na to, że gazety nie przetrwają w obecnej formie. Sam przyznaje, że o ile za dwa lata będzie nadal pracował w mediach, o tyle co do 5 lat nie ma już takiej pewności.
Bardziej niż przyszłość gazet zainteresowała Jana Smoleńskiego przyszłość samego dziennikarstwa. W jego opinii prawdziwe dziennikarstwo, a zatem i gazety, są niezagrożone, ponieważ zawsze będzie popyt na sprawdzoną i ciekawą informację, a tej nie da się stworzyć bez prawdziwego zaangażowania człowieka. Kluczowym argumentem okazało się stwierdzenie, że mimo zmian w mediach na przestrzeni dziejów, dziennikarstwo przetrwało w niezmienionej formie i jakości. Nadal istotne jest zaangażowanie dziennikarza, i to rozumiane szerzej niż pasja np. dziennikarzy obywatelskich.
Piotr Zaremba zaczął ostrożnie, twierdząc, że diagnozę prasy już znamy, ale trudno przewidzieć jej przyszłość. Wszystko może potoczyć się w kierunku modelu amerykańskiego, gdzie gazety znikają z rynku i przenoszą się w całości do internetu, ale mogą też przetrwać w niezmienionej formie. Tym, czym do tej pory różnimy się od USA jest to, że w Polsce żadna jeszcze gazeta nie przeniosła się całkowicie do internetu. Portalom internetowym jeszcze póki co nie udaje się wysłać korespondenta za granicę, czy przeprowadzić prawdziwego dziennikarskiego śledztwa.
Zgodziłem się z wszystkimi prelegentami, którzy nie uznają internetu jako jednolitego medium zagrażającego tradycyjnym. Sieć jest tak naprawdę tyglem, skupiskiem silnych i słabszych mediów. Ta mnogość opinii może być zarówno jedną z głównych cech (Igor Janke), jak i zagrożeń dla internetu. Piotr Zaremba uznał bowiem to rozproszenie mediów w sieci jako słabość, przeszkodę w budowaniu opiniotwórczości. A ta z kolei ma zagwarantować gazetom przetrwanie. Słabość wskazana przez Piotra Zarembę okazała się mocną stroną w oczach Igora Janke. Przywołał on przykład skrzyknięcia się kibiców przeciwko PZPN-owi, gdzie parę głosów w sieci wywołało efekt kuli śnieżnej, która zgarniała coraz to większe zainteresowanie. Zaremba skwitował jednak, że internet jest dobry do skrzykiwania się i przeprowadzania rozmaitych akcji, ale jest to nadal dalekie zjawisko od opiniotwórczej informacji.
Nie tylko na tej płaszczyźnie rozmówcy spięli się ze sobą. Zdaniem Igora Janke, zbudowanie opiniotwórczości przez internet to tylko kwestia czasu. Gdyby np. stenogramy CBA pojawiły się najpierw w internecie a nie w papierze, sieć już byłaby nośnikiem opinii. Ale jest to, zdaniem prelegenta, tylko kwestią czasu. Piotr Zaremba obstawał przy swoim, twierdząc, że to dopiero papier nadaje rangę informacji.
Tę tezę zdawała się potwierdzać również Barbara Piegdoń-Adamczyk, która internet określiła mianem medium depeszowego, a nie opiniotwórczego. Zadała również ciekawe pytanie, czy procesowi dygitalizacji powinien podlegać każdy pracownik mediów, czy może internet powinien pozostać domeną ludzi w pewnym, młodym, wieku. Mówiąc to przywoływała przykłady wybitnych amerykańskich dziennikarzy, którzy wypadli z rynku gdyż nie udało im się dostosować do wszystkich narzędzi, jakich dziennikarze mogą dziś używać (audio, video, etc.). Barbara Piegdoń-Adamczyk w jeszcze jednym miejscu rozdzieliła prasę od internetu: sieć jest miejscem, gdzie (w przeciwieństwie do prasy) trzeba się naprawdę naszukać, by znaleźć perełkę dziennikarską.
Idąc za wezwaniem Jana Smoleńskiego o konieczności zbudowania pozarynkowego modelu finansowania dziennikarstwa (teza, z którą absolutnie się nie zgadzam - vide bailout w USA czy darmowa prenumerata dla 18-latków we Francji), moderator dyskusji poruszył temat pieniędzy i zarabiania w internecie. Słusznie przypomniał, że w czasie przenoszenia się gazet do sieci, pieniądze z papieru nie przepływają wystarczająco szybko do internetu.
Ponownie Igor Janke uspokoił słuchaczy twierdząc, że za dwa lata najwięcej pieniędzy na rynku reklamowym będzie pochodziło właśnie z internetu. Dzisiaj reklamodawca ogłasza się w 3 największych gazetach i ma poczucie, że posiada olbrzymi zasięg. Jednak coraz bardziej liczy się profil odbiorcy reklamy, a dotarcie do właściwego targetu zapewnią tylko portale niszowe i specjalistyczne. Na szczęście, w tym kierunku idzie większość polskich wydawców.
Piotr Zaremba wrócił do tematu opiniotwórczości, zahaczając o kolejny temat-rzekę, czyli anonimowość. Jego zdaniem opiniotwórczości nie da się zbudować właśnie poprzez anonimowość niektórych twórców. Jak łatwo przewidzieć, rozgorzała dyskusja o Katarynie, której nie dałem rady wysłuchać już do końca. Nie ze względu na temat dyskusji, a z powodu napiętego harmonogramu.
Podsumowując, spotkanie zapowiadało się naprawdę ciekawie, do czasu przywołania case'u Kataryny. Mam nadzieję, że później było równie interesująco i padło kilka konstruktywnych wniosków i przemyśleń. Jak tylko pojawi się wersja audio ze spotkania (było nagrywane przez organizatorów), postaram się podlinkować również na tym blogu. Sam jestem ciekaw dalszego przebiegu spotkania. Piotr Zaremba co prawda wrzucił wszystkich słuchaczy do jednego worka i ze względu na organizatora spotkania określił ich zwolennikami lewej strony politycznej (najwyraźniej uznał, że nie pojawi się nikt przy zdrowych zmysłach najzwyczajniej zainteresowany tematem mediów - jak np. ja), ale mimo tej drobnej wpadki uważam to spotkanie za całkiem udane.
Oczekuję coraz więcej tego rodzaju wydarzeń w Łodzi, ciesząc sie jednocześnie, że sam mogę być współorganizatorem jednego z nich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

