20 listopada 2008

"Fakt" w Irlandii cieszy się dużą popularnością

Niedawno przeczytałem bardzo ciekawy artykuł na portalu Sunday Business Post, który dotyczył sukcesu polskiego "Faktu" w Irlandii. Artykuł pełen był ciekawych informacji, które co prawda chciałem przytoczyć od razu, jednak coś zmusiło mnie do potwierdzenia ich u źródła, czyli u wydawcy - Axel Springer Polska oraz u jego partnera w zakresie sprzedaży reklam na terenie Irlandii, firmy Ethnic Media.

Nakłady początkowe gazety nie były duże, ale wydawca działał na nieznanym dotąd rynku. Gazeta została uruchomiona w połowie września br., a jej początkowy nakład dwóch wynosił początkowo 12 tys. egzemplarzy.

Ciekawa informacja, o której wspomniałem we wstępie, dotyczyła nie tylko podniesienia nakładów tygodnika "Fakt dla Irlandii" do 20 tys. egzemplarzy, ale przede wszystkim planowanej inwestycji przez niemieckiego wydawcę w irlandzki tytuł. Rzekoma inwestycja (wg. Sunday Business Post) miałaby wynieść 10 milionów Euro rozłożonych na 5 lat działalności.

Informacji nie udało mi się potwierdzić ani w dziale PR Axel Springer Polska, ani u szefa Ethnic Media, partnera ASP w Irlandii.

"Nie mam pojęcia, skąd wzięła się informacja o owych 10 milionach euro. Słyszałam o 10 tysiącach (!) euro, które Ethnic Media otrzymało od rządu irlandzkiego na badania społeczności polskiej w Irlandii, ale po pierwsze, nie ma to nic wspólnego z naszym wydawnictwem, a po drugie – nie jestem w stanie potwierdzić tej informacji." - poinformowała mnie w mailu pani Anna Gancarz, PR manager wydawnictwa ASP.

Z kolei Niall Kehoe, dyrektor zarządzający firmą Ethnic Media nie zaprzecza, ani nie potwierdza informacji o planowanej inwestycji w irlandzki "Fakt". "Nigdy nie omawiałem wartości umowy dotyczącej "Faktu dla Irlandii" i nie jestem gotów tego komentować" - usłyszałem od pana Kehoe.

Niezależnie od tego jak ocenia się pod względem merytorycznym gazetę "Fakt", jest to największa z gazet w naszym kraju. Ze względu na rozpoznawalność marki wśród Polaków, wydawca zdecydował się na próbę dostarczenia podobnej treści do polskich mieszkańców wysp. Eksperyment zdaje się być udany, ponieważ po paru miesiącach działalności decyzją wydawcy, nakład pisma zostaje zwiększony z 12 do 20 tysięcy egzemplarzy (mimo dość wysokiej, jak na polski koszyk, ceny 1,50 Euro).


Analizując wyłącznie okładki dwóch wydań "Faktu" na wyspach, można odnieść wrażenie, że gazeta nie różni się wiele od jej siostry z Polski. Jej irlandzka mutacja, ma jednak charakter trochę bardziej poradnikowy, czemu też trudno się dziwić, bowiem gazeta odpowiada w ten sposób na potrzeby swojego czytelnika. Z informacji z działu PR Axel Springer Polska wynika, że "Fakt dla Irlandii" zawiera:
- przedruki materiałów z polskiego wydania "Faktu"
- doniesienia z Polski
- aktualne wiadomości z Irlandii
- raporty o życiu polskich emigrantów w Irlandii
- poradnik dla emigrantów
- serwis sportowy
- dodatek z programem TV zgodnym z czasem w Irlandii.

Celem wydawcy "Faktu dla Irlandii" było osiągnięcie pozycji lidera wśród polskich tytułów dla emigrantów. Niestety, wydawca nie udziela jeszcze informacji o wpływach z reklam (jedyna informacja z Ethnic Media to fakt, że przychody reklamowe w tym tytule rosną). Rynek, w który celuje gazeta jest wielkości 200-250 tys. polskich emigrantów.

Jak przyciągnąć uwagę czytelnika?

Jak można przyciągnąć uwagę czytelnika? Można zagrać chociażby dobrym tytułem. Taki artykuł ukazał się dzisiaj w "Polsce Dzienniku Łódzkim":


Oczywiście przy okazji takich tytułów pojawia się pytanie w jaki sposób gazeta chce pozycjonować swoją markę na rynku. Nadmiar luzu i otwartości też może gazecie zaszkodzić, owocując obniżeniem jej wartości w oczach czytelnika.

19 listopada 2008

Ile czasu poświęcają Anglicy na czytanie gazet?

NRS, czyli National Readership Survey, opublikowało wyniki badań czytelnictwa gazet drukowanych w Wielkiej Brytanii za cały 2007 rok. W badaniu widać, ile czasu poświęcają Anglicy na czytanie gazet. Faktem jest, że nakłady gazet w większości rozwiniętych krajów świata spadają, a czytelnicy rezygnują z gazet drukowanych na rzecz internetu. Jednak badanie NRS dodaje trochę optymizmu, ponieważ prasa... no cóż, wymierającemu medium nie poświęca się chyba tyle uwagi.

Wyniki badania pokazują ile czasu poświęcają Brytyjczycy na czytanie gazet i magazynów. Podstawowe wnioski:

* Wydanie powszednie (poniedziałek - piątek) gazety codziennej czytane jest w Wielkiej Brytanii średnio przez 40 minut.
* Na czytanie jednego wydania magazynowego (sobota), Brytyjczycy poświęcają około 57 minut, z czego 42% czytelników poświęca na to godzinę lub więcej.
* Wydanie niedzielne (takich gazet w Polsce nie ma) czytane jest średnio przez 61 minut.
* Z około 250 przebadanych przez NRS magazynów, każdy tyuł jest czytany średnio przez 50 minut.
* 61% czytelników magazynów spędziło średnio 30 minut na czytaniu, 34% czytelników poświęca na to godzinę lub więcej.




Zachęcam do pobrania wyników tych badań z podziałem na poszczególne tytuły brytyjskich dzienników i magazynów (plik .xls - Excel)

Wielomilionowy zbiór najpiękniejszych zdjęć dostępny w internecie

Już wkrótce, na stronach magazynu "LIFE", każdy internauta będzie mógł przeglądać jeden z największych na świecie zbiorów zdjęć. Najstarsze fotki datowane są na lata osiemdziesiąte XIX stulecia.

Zbiór pochodzi z archiwów magazynu "Life", jednego z najbardziej liczących się w XX wieku magazynu dla fotoreporterów. Kolekcja liczy sobie około 10 milionów zdjęć, można na nich zobaczyć między innymi takie postaci jak Marilyn Monroe, J. F. Kennedy, Barack Obama czy Hillary Clinton. Około 97% zdjęć z tego zbioru nie było dotąd opublikowanych. Póki co, pierwszą część kolekcji zdjęć można już oglądać na stronach Google.

Jak podaje brytyjski "Guardian", upubliczniona kolekcja zdjęciowa to efekt kooperacji internetowego giganta Google z magazynem "Life", który od półtora roku nie ukazuje się w druku i istnieje wyłącznie w internecie.



W zbiorze znajdą się dzieła najsłynniejszych fotoreporterów magazynu "Life". Dostępne mają być również filmy, w tym dokument zdający relację z zamachu na prezydenta USA, JFK'a. Ciekawą zapowiedź stanowi również obietnica umieszczenia zdjęć z nazistowskich Niemiec z lat 1937-1944.

W miniony wtorek umieszczono pierwsze 20% kolekcji zdjęć. Zbiór ma być sukcesywnie uzupełniany do 20 stycznia przyszłego roku, kiedy to nastąpi oficjalna inauguracja serwisu. Miliony zdjęć mają być dostępne nie tylko ze strony magazynu "Life", ale są już teraz możliwe do odnalezienia również przez wyszukiwarkę obrazów Google Image Search. W informacji prasowej, korporacja Google tak skomentowała opisywane wydarzenie:

"Decyzja, aby upublicznić wszystkie te obrazy była zainspirowana naszą misją zebrania informacji ze świata i uczynienia ich publicznie dostępnymi dla każdego. (...)Zaledwie mały procent tego zbioru był kiedykolwiek wcześniej publikowany. Reszta materiałów zgromadzona była w zakurzonych archiwach, na różnych nośnikach: kliszach, slajdach, szkle, czy starych drukach."


Decyzję magazynu "Life" analizuję jednak pod jeszcze innym kątem. Cieszy mnie tak wielka inicjatywa ze strony gazety, która zamykana była już kilkakrotnie (w tym ostatni raz ponad półtora roku temu). Będąc najsłynniejszym magazynem fotograficznym w drugiej połowie XX wieku, ze względu na słabnące zainteresowanie czytelników i dużą konkurencję ze strony internetu, redakcja zmieniła charakter gazety. "Life" jako magazyn po raz pierwszy przestał istnieć w 1972 roku, by po sześciu latach na nowo się ukazywać. W 2000 roku został ponownie zamknięty, a po czterech latach przywrócono go jako drukowany dodatek, cotygodniową wkładkę do 103 amerykańskich gazet (w tym takich gigantów jak "Washington Post" czy "Los Angeles Times"). W tej formie przetrwał około dwa lata, by następnie przenieść się tylko do internetu. Mimo kryzysu w branży, model (o ile można w tym przypadku mówić o planowanym modelu) przyjęty przez wydawnictwo TimeInc. zdaje się być strzałem w dziesiątkę.

Cała inicjatywa przykryta jest oczywiście parasolem Google, bez którego technologii, zebranie tych zdjęć w sieci (jak i prawdopodobnie nagłośnienie tego wydarzenia) byłoby niemożliwe.

9 listopada 2008

Teksański dziennik nie podał wyników wyborów na prezydenta USA

... Lub raczej zrobił to celowo. Tak przynajmniej uważała grupa protestujących, która zebrała się w czwartek pod siedzibą redakcji "The Terrell Tribune". Podczas gdy w powyborczą środę panowała Obamomania, a mieszkańcy USA wykupywali pamiątkowe egzemplarze gazet, informacja o tym kto został nowym prezydentem nie tylko nie dostała się na okładkę lokalnej gazety teksańskiego hrabstwa Terrell, ale również została pominięta wewnątrz numeru. Na przodzie gazety ważniejszą okazała się informacja o wyborze nowego delegata hrabstwa. Jedyne "Obamowe" tematy z numeru dotyczyły reakcji rynków na nowego prezydenta (w kolumnie gospodarka, w drugiej części gazety) oraz wypowiedzi George W. Busha o planach płynnego przekazania władzy.

Jeden z redaktorów "Terrell Tribune" tak skomentował decyzję gazety: "Wydajemy gazetę, a nie książki pamiątkowe. Zdaliśmy relację z wyborów na delegata naszego hrabstwa. Uznaliśmy to za większe wydarzenie".

Dzień wcześniej gazeta na pierwszej stronie opisywała ostatnie 24 godziny kampanii kontrkandydata Baracka Obamy - Johna McCaina.

7 listopada 2008

Barack Obama sprzedawał gazety

Tytuł nieco tabloidowy, ale prawdziwy - z wiadomych względów Barack Obama był wczoraj tematem numer jeden amerykańskich (i nie tylko mediów). Po historyczne wydania gazet z pierwszym czarnoskówym prezydentem USA na okładkach, ustawiały się olbrzymie kolejki (na zdjęciu kolejka pod redakcją "Washington Post"). Wydawca "Washington Post" musiał dodrukować 600,000 egzemplarzy środowego wydania gazety (dla porównania: sam dodruk był większy niż średnia dzienna sprzedaż największej z gazet w naszym kraju - "Faktu"). Z tym problemem mierzyło się wczoraj kilka amerykańskich gazet.

Ostatni raz takie kolejki po gazety w USA można było zobaczyć w 1945 roku w Nowym Jorku, w trakcie 17-dniowego strajku kolporterów gazet. Strajk odczuło wówczas całe miasto, kolejki pod redakcjami ustawiały się codziennie i były długie na kilka przecznic. Gazeta była wtedy tak pożądanym produktem, że legendarny burmistrz Nowego Jorku, Fiorello Laguardia, musiał w niedziele czytać dzieciom komiksy z ostatnich stron gazet na antenie stacji radiowej (zainteresowanych zachęcam do obejrzenia krótkiego filmiku z tego wydarzenia - warto!).

Wczorajszy dzień w wielu miejscach wyglądał bardzo podobnie. Gazety z wydrukowanym Barackiem Obamą na przodzie stały się szybko produktem o domniemanej dużej wartości historycznej. Jak donosi "New York Times", czytelnicy kupowali w kioskach od jednego do trzydziestu egzemplarzy! Dzięki Obamie znacznie sprzedaż poprawiły wszystkie amerykańskie gazety. Za CNN:

* "The Times" w samym Nowym Jorku zdecydował się dodrukować 75,000 egzemplarzy (oferty kupna środowego wydania gazety sięgały na e-Bayu 600 dolarów za egzemplarz),
* dwie z lokalnych gazet w Detroit dodrukowały 110,000 egzemplarzy,
* "Chicago Tribune" w mieście Obamy miało nadzieję sprzedać dodatkowych 20,000 egzemplarzy - musiało uruchomić drukarnię na dodatkowych 200,000 egzemplarzy,
* "Washington Post" dodrukowało w powyborczą środę 350,000 egzemplarzy, a w czwartek jeszcze 250,000 sztuk tego samego wydania.
* Niektóre z gazet (jak np. "USA Today") przyjmowały zamówienia przez stronę internetową, by dopasować wielkość dodatkowej produkcji do rzeczywistego popytu.

Ciekawą analizę wartości pojedynczego wydania każdej z gazet podał również Reuters.

Takie wydarzenia napawają optymizmem. Mimo, że (jak to określił "New York Times"), głównym motywem zakupu gazet była chęć ich kolekcjonowania oraz iż prawdopodobnie nawet nie opuszczą one swoich foliowych opakowań, takie zachowanie konsumentów dowodzą dużego zapotrzebowania na rzecz namacalną, jaką jest papier gazetowy. Te same informacje czytelnicy mogli znaleźć w internecie, te same zdjęcia mogli zapisać na swoich komputerach, a jednak oszaleli na punkcie wydań papierowych.

Gazety papierowe przy takich falach zainteresowania wcale tak szybko nie umrą. Wydarzenia specjalne mają to do siebie, że od czasu do czasu po prostu się zdarzają.


Użyte zdjęcie zostało udostępnione na licencji CC przez użytkownika blakespot z Flickr'a

5 listopada 2008

Wyborcze pierwsze strony polskich gazet

Przy okazji wielkich wydarzeń na świecie, bardzo lubię przyglądać się pierwszym stronom gazet. Rodzi się wówczas prawdziwe wyzwanie dla wszystkich redakcji, ponieważ pewne jest, że konkurencja będzie pisać o tym samym. W jaki sposób przekazać te same informacje, by po pierwsze - być jak najbardziej na czasie i, po drugie, wyróżnić się na tle pozostałych gazet. Zobaczmy, jak poradziły sobie polskie gazety z relacją z wczorajszych wyborów w USA.

Gazety różnie radzą sobie z pierwszymi stronami - pisałem o tym TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. Dzisiaj, na szczęście, pierwsze strony polskich gazet są bardziej urozmaicone.

Większość z nas wie już, że amerykańskie wybory wygrał Barrack Obama. Internet, telewizja i radio są mediami na tyle szybkimi, że wszyscy znali już te wyniki przed dzisiejszym wyjściem do pracy. Gazety jednak nie mają tak łatwo - wydania w najlepszej sytuacji zamykane są po północy, co sprawia, że rano są spóźnione o parę godzin względem pozostałych mediów. W przypadku tego wydarzenia miały sytuację nieco ułatwioną - Obama znacznie wyprzedzał McCaina w sondażach, w związku z tym to twarz czarnoskórego kandydata zdominowała dzisiejsze jedynki. Różny jest jednak sposób przekazywania informacji.

Najmniej ryzykowała dzisiaj "Rzeczpospolita". Szkoda, bo tak naprawdę na pierwszy rzut oka, jest to powielenie wczorajszej informacji. Równie dobrze wczoraj można było zagrać tytułem "Ameryka dokonuje wyboru". Zdjęcie na pierwszej stronie ładne ale jednocześnie jest to typowy widok dla konwencji partyjnych w USA:


"Dziennik" też mnie nie zachwycił. "Dramatyczny finisz" to tytuł już trochę zwracający się w stronę tabloidów. Dramatyczny byłby ten finisz dla mnie, gdyby sondaże wyborcze wskazywały na remis z drobną przewagą jednego z kandydatów. Z drugiej strony zwieńczenie kampanii może i rzeczywiście było dramatyczne, ale nie dla tego kandydata, którego "Dziennik" przedstawił na zdjęciu (przeczytałem wczoraj, że podczas gdy Obama czekał na wyniki, McCain jeździł po stanach, resztką sił przekonując wyborców). Ocenę okładki zostawiam Państwu:



Czas na "Polskę". Ta gazeta na wczorajszej okładce pokazała zdjęcie z USA z 1948 roku, na którym prezydent Truman triumfalnie trzyma dziennik obwieszczający zwycięstwo drugiego kandydata. "Polska" musiała być więc dziś ostrożna. W tytule nie pada więc bezpośrednio informacja kto wygrał, ale można się tego domyślać. Gdyby jakimś cudem nad ranem okazało się, ze to McCain wygrał wybory, nie można by się było przyczepić do tej okładki. Podoba mi się również gra puzzlami oraz fakt, że taką pierwszą stronę można było przygotować z bezpiecznym wyprzedzeniem, biorąc pod uwagę dwa możliwe warianty. Tytuł dobrze gra ze zdjęciem a redakcja może zawsze powiedzieć, że może i każdy od rana zna wyniki wyborów, ale ta gazeta powie wam więcej - jak do tego doszło.



Przy okazji dodam, że warto zwrócić uwagę na powrót do regionalności pozostałych mutacji "Polski" (czy warto było od niej w ogóle odchodzić to już inny problem). Na przykładzie "Polski Dziennika Łódzkiego" widać, że temat wyborów zmieścił się na pierwszej stronie, ale większą wagę stanowi tutaj temat regionalny:



Na zakończenie zostawiam najlepszą, moim zdaniem, dziś okładkę - "Gazety Wyborczej". I najlepsze w niej jest nie zdjęcie, a tytuł, który w zbiurokratyzowanym państwie trafi do każdego czytelnika:

4 listopada 2008

Udział gazet bezpłatnych w europejskim rynku prasowym

Natrafiłem na bardzo ciekawy wpis na blogu Newspaper Innovation, poświęconemu w znacznej mierze gazetom bezpłatnym. Autor wspomnianego bloga, Dr Piet Bakker napisał artykuł o wielkości europejskiego rynku prasowego i udziałach prasy bezpłatnej w tym rynku.



Powyższy wykres przedstawia jak kształtowały się udziały prasy płatnej i bezpłatnej na poszczególnych rynkach Europy. Do wyliczenia tych udziałów, autor posiłkował się publikacją Światowego Stowarzyszenia Gazet WAN.

W 2007 roku sześć krajów europejskich znajdowało się w grupie państw o wyższym niż 50% udziale gazet bezpłatnych w całym rynku. W tym roku, w wyniku zlikwidowania jednej z duńskich gazet darmowych, grupę >50% reprezentuje pięć państw (Islandia 72%, Portugalia 55%, Macedonia 53%, Luksemburg i Hiszpania po 51%).

We Włoszech, Szwajcarii i na Łotwie, prasa bezpłatna ma 45% udziałów w rynku, podczas gdy w Grecji, Rumunii, Andorze i Danii, trochę ponad jedna trzecia sumy nakładów wszystkich gazet drukowanych jest darmowa. Słowenia, Francja, Czechy i Holandia cieszy się około 25% udziałem gazet bezpłatnych w rynku.

W Polsce, rynek prasy bezpłatnej skurczył się po zamknięciu wydawanego przez Metro AG tytułu "Metropol". Aktualnie, na naszym podwórku obserwować możemy zmagania praktycznie dwóch tylko tytułów - "Metro" (wydawanego przez Agorę) i "Echo Miasta" (Media4Mat, Polskapresse). Porównanie nakładów byłoby jednak nie do końca słuszne, ze względu na różny charakter tych gazet ("Metro" jest dziennikiem, a "Echo Miasta" ukazuje się dwa razy w tygodniu). Dodatkowo, wygląda na to, że kolejny wydawca, Media Regionalne, będzie próbował rozepchnąć ten rynek publikując bezpłatny tygodnik "Moje Miasto", oparty na internetowej inicjatywie MM Moje Miasto (tygodniki w wersji drukowanej ukazują się już w Lublinie i Szczecinie).

2 listopada 2008

Amerykański dziennik przechodzi całkowicie do Internetu - czy taka jest przyszłość gazet?

O decyzji wydawcy amerykańskiego dziennika "The Christian Science Monitor" można było przeczytać w zeszłym tygodniu m.in. na portalu gazeta.pl, czy w Internet Standard. Jest to pierwszy amerykański ogólnokrajowy dziennik, który rezygnuje z ukazywania się w druku, by przenieść swój content w pełni do Internetu. Czy taka jest przyszłość wszystkich gazet? Czy naprawdę nie ma innej recepty na głoszoną od lat wizję końca słowa drukowanego?

Strategia przyjęta przez "The Christian Science Monitor" jest obrazem modelu głoszonego przez zwolenników tezy o upadku prasy drukowanej. Ale CSM zwraca na siebie uwagę czymś jeszcze. Nie sposób nie dostrzec ogromnej wagi promocji tego wydarzenia (wraz ze specjalną stroną internetową informującą o planowanych zmianach). Informacja o końcu drukowanego dziennika w sposób kontrolowany wycieka na sześć miesięcy przed planowanym wycofaniem produktu z druku (gazeta przestanie być drukowanym dziennikiem w kwietniu przyszłego roku), a więc działanie to można uznać już jako budowanie bazy czytelników strony internetowej.

Uważam to za bardzo sprawne i przemyślane posunięcie - czytelnicy CSM dowiedzą się o planowanych zmianach wystarczająco wcześnie, by zacząć obserwować stronę internetową. Prawie każdy mieszkaniec USA ma dostęp do Internetu, a zatem te sześć miesięcy, które pozostały do wycofania dziennika drukowanego z rynku, to czas na przechwycenie czytelnika wydania papierowego, przez wydanie online.

Wszyscy wydawcy stoją przed tym samym problemem - jaki produkt zaoferować czytelnikom w Internecie, by jednocześnie:
* nie obniżyć zsumowanego poziomu czytelnictwa obu wydań: elektronicznego i papierowego,
* stworzyć taki produkt online, by nie konkurował treścią z wydaniem papierowym.

Wydaje się, że "Christian Science Monitor" doskonale zrozumiał te problemy. Zrezygnował z wzajemnej konkurencji dwóch produktów i skupił się na ściąganiu czytelnika do wydania online. Aby rynek nie odebrał tego kroku jako słabości firmy, CSM przyjął model "The Economist" - strona internetowa aktualizowana będzie z większą niż cogodzinna częstotliwością, natomiast wersja drukowana będzie nadal wydawana, ale w formie tygodnika.

Ponieważ redakcja CSM w ciągu zaledwie trzech dni odpowiedziała na kilka moich pytań, z przyjemnością przytaczam je na blogu:

Marek Miller: Co stoi za tak radykalną decyzją jaką jest rezygnacja z wydawania ogólnokrajowego dziennika w druku?
Christian Science Monitor: Jak wiadomo, rynek wydawniczy stoi aktualnie przed poważnymi zmianami, spowodowanymi w szczególności przez wzrost znaczenia i zasięgu internetu, ale także przez spadki ilości prenumeratorów i przychodów reklamowych gazet drukowanych. Wraz ze spadkiem czytelnictwa wydań drukowanych, w dłuższym okresie następuje spadek przychodów reklamowych. "Monitor" także to odczuł (spadek sprzedaży z ok. 230 tys. egzemplarzy dziennie w latach 70. minionego stulecia, do około 50 tys. egz. dzisiaj) , co przez kilka lat objawiało się w złych wynikach finansowych wydawcy. Odczuwane trendy wymagały zmiany sposobu, w jaki "Monitor" dystybuował swoje dziennikarstwo

MM: Czy nie obawiacie się, że ze względu na dużą konkurencję w Internecie, przetrwanie "Monitora" w wersji online może być jeszcze trudniejsze? Czym nowy produkt w sieci będzie się wyróżniał spośród mnóstwa jemu podobnych?
CSM: Umocni się jakość dziennikarstwa w "Monitorze". Dziennikarze i redaktorzy gazety są szkoleni w tworzeniu tekstów o głębszej analizie, z nastawieniem na zainteresowania również pojedynczych czytelników.
Problem, przed jakim stanęła gazeta, to pytanie - skąd czytelnicy czerpią informacje?. Na dzień dzisiejszy, więcej osób szuka ich w internecie, niż w gazetach, radio, czy w telewizji i telewizyjnych dziennikach. Chcemy więc być tam, gdzie czytelnicy nas potrzebują. W najbliższych latach z pewnością pojawią się nowe kanały dystrybucji i "Monitor" chce tam być, by dotrzeć do nowych czytelników i odpowiedzieć na ich potrzeby.

MM: Jakim dziennym zasięgiem może pochwalić się "Monitor"? Jaki jest cel sprzedażowy "Monitora" pod względem ilości czytelników?
CSM: Nasza strona cieszy się aktualnie ponad czteromilionową ilością odsłon miesięcznie. Zrozumiałe, że będziemy mierzyć wyżej. Jeśli chodzi o wydanie papierowe, to liczymy na zbudowanie bazy wielkości 70-80 tys. prenumeratorów w ciągu 2-4 lat.

MM: Kryzys gazet w USA wyraża się również licznymi redukcjami zatrudnienia w redakcjach. Czy dotknie to również redakcji "Monitora", czy zamierzacie przenieść całe siły na wydanie online?
CSM: Problem zatrudnienia jest wciąż analizowany. Wiadomo, że chcielibyśmy tego uniknąć, ale prawdopodobnie pewne redukcje będą konieczne. Nasi pracownicy będą jednak informowani na bieżąco, czy i kiedy taka konieczność się pojawi.


Strona internetowa CSM już została wzmocniona. Nowe kanały komunikacji, jak Twitter, czy Facebook stanowią integralną część całego projektu. W projekcie jest dużo miejsca na serwisy specjalne, jak np. Little Bill Clinton (Bill Clinton Hadam to trzecioklasista, który urodził się w obozie dla uchodźców w Tanzanii i od niedawna cieszy się amerykańskim obywatelstwem), czy Vote Blog (blog, na którym wielu autorów zachęca Amerykanów do głosowania). Serwisy społecznościowe są również siłą nowej strony CSM - użytkownicy m.in. dzielą się własnymi zdjęciami, lub blogują na temat nadchodzących wyborów z punktu widzenia ich sąsiedztwa. Oto kilka zrzutów z ekranu nowej strony CSM:



Wydawca pokazuje również, jak od kwietnia 2009 roku ma wyglądać nowy tygodnik "Christian Science Monitor" (tutaj szczegóły).

Posunięcie CSM znów skłania mnie do myślenia czy taka właśnie przyszłość czeka większość gazet drukowanych. Model "The Economist" przez światowych medioznawców wymieniany jest jako idealny przykład, że gazeta drukowana może przetrwać i mieć się dobrze. Jednak jeżeli na rynku zacznie pojawiać się wiele produktów o tym samym charakterze (czyt. jeżeli znacząco wzrośnie konkurencja), model ten nie musi już być aż tak idealny. Cieszę się jednak, że wydawcy wydawcy, mimo trudnych dla nich czasów nie składają broni i starają się, wbrew trendom, przedłużyć życie wydawanych przez nich gazet.