31 października 2008

Rośnie zainteresowanie internetem mobilnym w USA

Azuki Systems, Inc. opublikowało właśnie wyniki swojego pierwszego rocznego badania zachowań amerykańskich użytkowników telefonów komórkowych. 54% przepytanych osób przyznało, że czas poświęcany przez nich na korzystanie z telefonu komórkowego wzrósł o ponad 25% w ciągu dwóch lat (jeden na pięć respondentów powiedział, że w jego przypadku czas ten wzrósł o połowę). Istotnym powodem takiego trendu jest wzrost liczby użytkowników smart-phone'ów, których posiadaczami jest (bądź deklaruje zakup w ciągu 12 miesięcy) 62% przepytanych Amerykanów. Więcej interesujących wniosków z badania w dalszej części artykułu.


Prawie 80% ankietowanych preferowałoby łatwiejszy dostęp do informacji z internetu z pozimu ich telefonów komórkowych, podobna ilość osób chciałaby mieć dostęp do "bogatych" mediów (audio, video) z urządzeń mobilnych. Większość respondentów wskazała na kilka barier uniemożliwiających wygodne korzystanie z mobilnego internetu:
* 69% za jedną z największych przeszkód uznała długi czas potrzebny na ściągniecie / odsłuchanie plików audio-video
* 66% za największą uciążliwość uznała trudność w odnalezieniu poszukiwanej informacji oraz trudność w nawigacji po stronach mobilnego internetu

Badania dodatkowo wykazało, że:
* 33% Amerykanów spędza więcej niż 10 godzin tygodniowo na rozmowach przez telefon komórkowy. 34% siedemnastolatków i młodszych poświęca na rozmowy do 15 godzin tygodniowo.
* Z prawie 80% używających komórki do wysyłania SMS-ów, 29% poświęca na to ponad dwie godziny tygodniowo. Ponownie, młodsze pokolenie jest bardziej aktywne - 37% młodszych niż 22 lata poświęca ponad 2 godziny tygodniowo na wysyłanie SMS-ów.
* 50% użytkowników sprawdza pocztę e-mail przez telefon komórkowy (30% osób z przedziału wiekowego 35-44 lata poświęca na to ponad 2 godziny tygodniowo).
* 52% korzysta z mobilnego internetu (grupa wiekowa 35-44 lata jest nawet aktywniejsza i sięga 60%).
* 25% ogląda pliki video przez urządzenia mobilne, 88% osób z tej grupy poświęca na to mniej niż 2 godziny tygodniowo (może to świadczyć o zainteresowaniu odbiorców krótkimi formami przekazu, bądź wciąż zbyt wysokimi kosztami obsługi internetu mobilnego).
* 25% użytkowników korzysta przez komórkę z serwisów społecznościowych. 64% respondentów uważa, że mogłoby dzielić się contentem ze swoimi kontaktami ze wspomnianych serwisów, gdyby tylko było to łatwiejsze.
* 65% użytkowników byłoby zainteresowanych korzystaniem z telefonu komórkowego z opcją geo-lokalizacji, który informowałby ich o najnowszych promocjach w lokalnych sklepach / miejscach usługowych.

Liczby dotyczą co prawda Stanów Zjednoczonych, lecz nasze społeczeństwo jest wysoko rozwinięte pod względem ilości osób posiadających telefony komórkowe - warto więc wyciągnąć lekcję z powyższych danych. Osoby wysyłające SMS-y, umieją je też odbierać, a jest to dodatkowy kanał reklamowy dla gazet. Rosnące zainteresowanie mobilnym internetem i problemy z nawigacją to sygnał dla gazet, by oprócz udoskonalania contentu swoich stron internetowych, postarały się również o mobilne wersje tych stron. Wniosków jest wiele, nie tylko dla wydawców ale również dla czytelników, których zachowanie staje się coraz bardziej przewidywalne (osobiście przyznam się, że poza SMS-ami trafiam do większości z przytoczonych grup).

Całość tego interesującego badania dostępna jest na stronach Azuki Systems (język angielski). Informacje o badaniu via blog Paula Bradshawa.

30 października 2008

CNN tworzy własną agencję informacyjną

CNN planuje uruchomić własną agencję informacyjną. Biorąc pod uwagę ostatnie kłopoty najpopularniejszej z agencji, Associated Press, CNN może zbudować sobie silną pozycję w tym segmencie rynku.

CNN Wire ma zapewniać interesujące materiały dla czytelników zarówno wydań papierowych jak i wydań online. Będzie to kompletna usługa: od najświeższych newsów, przez informacje krajowe, międzynarodowe, ekonomiczne, polityczne, medyczne i wiele innych. Firma podobno już rozpoczęła rozmowy z wieloma gazetami i grupami gazet.

CNN może sobie pozwolić na taką strategię, ze względu na silną grupę osób zatrudnionych. Struktura CNN to 3,800 pracowników na całym świecie, 22 oddziały poza granicami USA, 15 amerykańskich biur, 900 północnoamerykańskich współpracujących stacji telewizyjnych, potężną stronę internetową z wewnętrzną agencją informacyjną oraz sieć stacji radiowych.

Nowa strategia CNN nakłada się na poważne kłopoty Associated Press. Jak podał dzisiejszy Presserwis, ze względu na decyzję o podwyższeniu usług AP, wiele wydawców rezygnuje ze współpracy z tą agencją informacyjną. Ale nie tylko to jest problemem. Associated Press od jakiegoś czasu przestaje tworzyć "suche" informacje, a zaczyna wzbogacać je o opinie. Oto kilka przykładów nagłówków, które agencja umieściła w swoim serwisie:

- "Wygrana Mitta Romneya w stanie Michigan to porażka dla autentyczności w polityce"
- "Obama kroczy ścieżką arogancji"
- "Tęsknię za Hillary"
- "Biden dowodzi braku pewności siebie"

Pytanie, czy agencja prasowa Associated Press chciała takim działaniem zacząć konkurować z gazetami, czy może po to zaczęła przygotowywać tak kompletne materiały, by redakcje nie musiały ich potem dodatkowo edytować.

Associated Press niewątpliwie ma ciężki orzech do zgryzienia. Nie tylko ze względu na rosnącą konkurencję ze strony CNN, ale także powołanego przez niektóre amerykańskie dzienniki, tzw "Northeast Consortium". Gazety w proteście wobec AP zdecydowały się na współpracę w zakresie dzielenia się treścią i zdjęciami. Na to konsorcjum, póki co, składają się "New York's Daily News", "Newsday", "Buffalo News", "Times-Union of Albany", "New Yorker" oraz "Star Ledger of Newark".

Whassup Obama!

Dziś podbieram trochę chleba moim dwóm ulubionym blogom z dziedziny marketingu i reklamy - Mediafan i Zjadamy Reklamy, ale tym razem nie mogłem się oprzeć. Pamiętacie sławną przed paru laty reklamę piwa Budweiser, w której piątka młodych ludzi sącząc piwo wita się ze sobą okrzykiem "What's up?" ("co słychać?"). Jej motyw przewodni został wykorzystany do poparcia Barracka Obamy w wyścigu o fotel prezydencki. Codzienność sytuacji przedstawionej w reklamie piwa i zbliżenie jej z marką Budweiser, pomogła firmie osiem lat temu wywindować sprzedaż. Czy po paru latach pomoże również Obamie zebrać dodatkowe głosy? Oceńcie sami oglądając reklamę w dalszej części artykułu.
Reklama pojawiła się na YouTubie w zeszły piątek. Do dzisiaj wygenerowała ponad 2,5 miliona odsłon. W nowej reklamie przyjaciele sprzed lat nie są już tak wyluzowani. Jeden właśnie stracił dom i szuka pracy, drugi jest wyraźnie poturbowany, inny stracił pieniądze w wyniku kryzysu finansowego, jeszcze inny stacjonuje w Iraku. Wniosek z reklamy jest prosty - zmiana jest tym co słychać ("Change" - to nawiązanie do najpopularniejszego przemówienia Barracka Obamy).



Ci sami aktorzy wystąpili przed paru laty w reklamie piwa Budweiser. Wyemitowana w trakcie największego amerykańskiego wydarzenia sportowego (Super Bowl) zyskała sobie rzeszę młodych fanów, nie tylko w USA. Tak wyglądał oryginał:



Co ciekawe, nie ma w tym przypadku mowy o żadnym plagiacie. Właściciele marki Budweiser kupili prawa do sloganu "Whassup" od autora reklamy (i jednocześnie jednego z aktorów) na pięć lat. Ta umowa wygasła trzy lata temu, a autor pomysłu postanowił go odświeżyć w nieco innym kontekście. Sztab Obamy podobno nie ma z tym działaniem nic wspólnego.

No dobrze, ale ponieważ blog "eM jak Media" dotyczy przede wszystkim prasy i Internetu, jakiś wniosek dla wydawców również by się przydał. Ten jest chyba prosty - case opisywanej reklamy dowodzi, że pomysłowy filmik umieszczony na stronie internetowej potrafi wygenerować w ciągu niecałego tygodnia ponad 2,5 miliona odsłon. Czy któryś z wydawców pogardziłby takim ruchem na którejś ze swoich podstron? Wystarczy sobie wyobrazić ile to dodatkowych osób, które jednocześnie z filmem widzą logo gazety/strony.

29 października 2008

Zmierzch prasy drukowanej jeszcze nie w Japonii

Ze względu na starzejące się społeczeństwa i rosnącą popularność Internetu, śmierć prasy drukowanej jest bardziej niż pewna. Ale dlaczego w tak zaawansowanym technologicznie kraju jak Japonia zjawisko to dokonuje się tak wolno? Zjawisko to przeanalizował niedawno Washington Post i wydaje się, że wydawcy prasowi w kraju kwitnącej wiśni mogą jeszcze przez parę lat spać w miarę spokojnie.

Japonia jest krajem z największym odsetkiem osób czytających papierowe wydania gazet (624 na 1000 dorosłych kupuje drukowaną gazetę). Jest to wynik dwuipółkrotnie wyższy niż w Stanach Zjednoczonych. Podczas gdy nakłady amerykańskich gazet spadły o ponad 15 procent w ciągu ostatnich 10 lat, w Japonii spadek ten wyniósł zaledwie 3,2 procenta. Pięć największych japońskich dzienników utrzymało przez ten czas niemal niezmieniony poziom czytelnictwa. Średnio niewiele więcej niż jedna gazeta dostarczana jest do każdego japońskiego domu. Gazeta "Yomiuri", dla przykładu, jest największym na świecie dziennikiem o nakładzie wyższym niż 10 milionów egzemplarzy (dla porównania, średni dzienny nakład największego w Polsce dziennika "Fakt" wyniósł w sierpniu niewiele ponad 650,000 egzemplarzy - dane ZKDP). W minionej dekadzie liczba amerykańskich etatów redakcyjnych zmalała o 10% - W Japonii jeszcze o tym zjawisku nie słyszano.

Co takiego jest specyficznego dla japońskiego społeczeństwa, że spadki czytelnictwa nie są tam jeszcze tak odczuwalne? Tajemnica tkwi w demografii. Młodzi mieszkańcy Japonii tak samo nie lubią czytać z papieru, jak ich rówieśnicy z innych rozwiniętych państw i z pewnością byłoby to korzystne dla wydawców, gdyby nagle polubili to medium. Problem w tym... że na niewiele by to się zdało.

Starszym nadal łatwiej jest otworzyć gazetę niż korzystać z komputeraJaponia jest niechlubnym liderem wśród państw o starzejących się populacjach. Liczba młodych ludzi (poniżej 14 lat) spada konsekwentnie od 27 lat i jest aktualnie najniższa od 1908 roku. Taki stan rzeczy oznacza bardzo złe prognozy ekonomiczne dla tego kraju. Jeżeli ten trend nie ulegnie zmianie, około 70 procent siły roboczej w najbogatszej gospodarce świata zniknie przed rokiem 2050, a wzrost gospodarczy zmaleje do zera (prognoza Japońskiego Centrum Badań Ekonomicznych).

Z drugiej strony, starsi mieszkańcy kraju nadal wolą wydania papierowe gazet, ponieważ wciąż jest im łatwiej otworzyć ulubiony dziennik przy śniadaniu niż skorzystać z komputera. Osoby starsze niż 65 lat stanowią aktualnie 22% populacji Japonii, co, ponownie, jest najwyższym tego typu wskaźnikiem na świecie. Rząd przewiduje, że ta grupa wiekowa do 2040 roku przewyższy czterokrotnie liczbę Japończyków młodszych niż 14 lat.


Nie można rozdawać treści, za które czytelnik jest jeszcze gotów zapłacićJapońscy wydawcy są świadomi pewnej śmierci swoich biznesów w tym sektorze. Ale zanim ta śmierć nastąpi, zgodnie opierają się światowym trendom przenoszenia wszystkich informacji z gazety do Internetu. Wydania papierowe i elektroniczne większości japońskich gazet, to wciąż dwa różne od siebie produkty, pokrywające się zawartością zaledwie w 20 procentach. Powód dla którego strategie amerykańska i japońska tak bardzo się od siebie różnią jest taki, że w Japonii nie widzi się odpowiedniego modelu biznesowego, który przynosiłby wystarczające zyski z zapełniania sieci darmowym contentem. Upraszczając, japońskie gazety nie widzą celu w oddawaniu za darmo tych treści, za które czytelnicy są jeszcze skłonni niemało płacić.

I rzeczywiście płacą - oto parę statystyk. Roczny koszt dostarczenia gazety do japońskiego domu to wydatek rzędu 470 dolarów rocznie. 95 procent czytelników ma gazetę dostarczaną do domu (dla porównania, w USA jest to około 70 procent sprzedanych gazet). Na całą sieć dystrybucji składa się około 20.000 punktów dystrybucji gazet, które łącznie zatrudniają 424.000 osób.

Przychody ze sprzedaży gazet w prenumeracie stanowią 54% przychodów japońskich wydawców prasowych (w USA jest to około 20% przychodów). Tutaj duże zagrożenie stanowi starzenie się społeczeństwa. Japonia gorzej wypada również w kwestii przychodów ogłoszeniowych - te spadły o 9% w ciągu ostatnich 4 lat, a analitycy przewidują kolejny chudy rok ze spadkiem między 10 a 20 procent.

Ale japońskie gazety mają też inne wskaźniki po swojej stornie. W tym kraju aż 85 procent mieszkańców ufa temu, co czytają w gazetach (w USA ten wskaźnik wynosi 20%). Również tradycja tego kraju ma znaczenie - w Japonii większą wagę przykłada się do czytania i pisania niż mówienia i dyskutowania.

Tak dobre wyniki sprzedaży gazet nie utrzymają się długo. Rynek zaczął się kurczyć już 3 lata temu, a w ciągu 50 lat, według rządowych prognoz, 127 milionowa populacja zmniejszy się o jedną trzecią. Ci, którzy będą wówczas żyli, będą obecnymi młodymi Japończykami, którzy dorastają na informacjach dostarczanych przez telefony komórkowe.




28 października 2008

John Wilpers o grzechach gazet

Zobaczcie, co ciekawego na temat grzechów dzisiejszych gazet ma do powiedzenia John Wilpers, konsultant z Innovation Media Group (język angielski). Video publikuję za zgodą Artura Kardy z Mediów Regionalnych, który wraz z Agnieszką Mazuś dokonał nie lada wyczynu przepytując przed kamerami większość z uczestników tegorocznej konferencji INMA w Wiedniu..



John Wilpers podczas wspomnianej konferencji udzielił bardzo ciekawego wykładu na temat jak blogi mogą pomóc gazetom w walce o czytelników

Amerykańska prasa wciąż traci czytelników

Jak podał "New York Times", spadek wysokości sprzedaży gazet w USA nie tylko jest już powszechny, ale, co gorsze, nabiera przyspieszenia. Średnia sprzedaż amerykańskich gazet spadała wiosną i latem 2008 roku odpowiednio o 5% w porównaniu z analogicznymi okresami poprzedniego roku.

Spadki sprzedaży w ostatnim półroczu (zamkniętym 30 września) dotyczyły niemal wszystkich tytułów w branży. Wysokości spadków oscylowały między 1,9 procenta w przypadku "The Washington Post" a 13,6 procent w przypadku "The Atlanta Journal Constitution". Wszystkie dane są oczywiście porównywane z analogicznym okresem roku poprzedniego.

Dane Audit Bureau of Circulations (odpowiednika naszego Związku Kontroli Dystrybucji Prasy) wskazują, że w minionym półroczu tak znane gazety jak "Houston Chronicle", "Boston Globe", "Star-Ledger of Newark", "Philadelphia Inquirer", "Orange County Register" oraz "The Detroit News" odnotowały ponad 10 procentowe spadki sprzedaży.

Dwoma wyjątkami wśród największych gazet w kraju były "USA Today" i "Wall Street Journal" - gazety o największych poziomach sprzedaży w USA. Ich rozpowszechnianie praktycznie nie uległo zmianie i utrzymało się na poziomach 2,3 miliona egzemplarzy dla "USA Today" i 2 miliony egz. dla "WSJ".

Spośród 100 największych amerykańskich gazet o nakładzie większym niż 100 tysięcy egzemplarzy, żaden tytuł nie odnotował większych niż ułamkowe wzrostów sprzedaży. Z kolei średnia sprzedaż wszystkich 500 kontrolowanych gazet spadła w badanym okresie o 4,6 procenta.

Popularny do tej pory argument, że czytelnicy odchodzą od gazet papierowych do ich wersji internetowych zaczyna również powoli tracić na znaczeniu. Rosnący dotąd ruch na stronach internetowych gazet, a także wzrost przychodów reklamowych z tej równoległej działalności zaczął nagle zwalniać, by utrzymać się w tym roku na stałym poziomie.

Poprzez oferowanie gorszego produktu drukowanego, wydawcy sami zniechęcali czytelników do zakupuAnalitycy ostrzegali wcześniej rynek, że poprzez oferowanie gorszego produktu drukowanego, wydawcy sami zachęcali czytelników do rezygnacji z zakupu. Większość amerykańskich gazet znacznie ograniczyła wielkość i jakość produktu, rezygnując przy tym z części załogi.

Nie mam jeszcze pomysłu, jak może się ta tendencja przełożyć na polski rynek prasowy. Jak widać z doświadczenia niektórych polskich wydawców, poprawienie jakości produktu (full color, stała objętość i znani publicyści) nie przynosi właściwych rezultatów. Stagnacja innych wydawców lub nowe pomysły na dodatki (bądź rezygnacja z nich) dowodzą, że również nie tędy droga. Wydaje mi się jednak, że prawdziwe zagrożenie dla polskich gazet (mimo powszechnych spadków sprzedaży również u nas), jeszcze nie nadeszło. Biorąc pod uwagę wielkość rynku Internetu w Polsce (wg GUS w 2007 r. zaledwie 30 procent gospodarstw domowych miało szerokopasmowy dostęp do Internetu), dużo osób dopiero może zrezygnować z gazet drukowanych na rzecz elektronicznych. Kluczowe w strategii polskich gazet powinno być zatem stworzenie takiego produktu elektronicznego, który przyciągnąłby uwagę czytelników odchodzących od wydań drukowanych. Jest to duży problem jeśli weźmie się pod uwagę mnogość konkurencji, w szczególności portali newsowych (typu Onet, czy Interia). Najbliższa tej właściwej strategii w Polsce wydaje się być Agora, która serwując czytelnikom coraz to nowe produkty (Politbiuro, Plotek, Domosfera, Ugotuj i wiele, wiele innych). Agora zalewa rynek nowymi brandami we wszystkich możliwych sektorach, stając się w ten sposób pionierem w wielu z nich. Nie muszę chyba nadmieniać, jak duże możliwości sprzedaży reklam daje to temu wydawcy.

22 października 2008

Będzie głośno o blogach...

Niezłomny Maciej Budzich, autor bloga Mediafun, startuje w najbliższy poniedziałek z kolejną inicjatywą. Trzecia TUBA, bo o niej mowa, jest bezpłatnym seminarium adresowanym do wszystkich fanów mediów, reklamy i marketingu. Tematem przewodnim TUBY03 będą blogi oraz współpraca blogerów z reklamodawcami. Plan seminarium gwarantuje, że będzie ciekawie, a cena (tudzież jej brak) sprawia, że impreza jest naprawdę na każdą kieszeń...


Całość seminarium podzielona będzie na dwa duże bloki:

Część I – wykłady:
- dzień dobry cześć i czołem, czyli blogi okiem mediafuna (Maciej Budzich, blog.mediafun.pl);
- Dominik Kaznowski (Agora, kaznowski.blox.pl) – Znaczenie i wykorzystanie blogów w działalności firm;
- Agnieszka Pyrkowska (Blomedia) – Biznes blogowy czyli... Blomedia;
- Norbert Kilen (OnBoard PR) – 3 bariery: blogerzy i pijarowcy
- Łukasz Bąkowski (dom mediowy Mediashare) – Reklama na blogach oczami reklamodawcy i blogera - czy da się pogodzić różne interesy?
- reklama na blogach według Yellowgreen
- reklama na blogach według Blogvertising
- reklama na blogach i nowy gracz na rynku – Adlog.pl

Sieci reklamowe podzielą się swoimi dotychczasowymi doświadczeniami ze współpracy z blogerami.

Część II – panel dyskusyjny
W panelu dyskusyjnym poruszone zostaną tematy, które pojawią się w czasie wcześniejszych wykładów.

Organizatorami TUBY03 są Maciej Budzich, wspólnie z agencją Artegence.

Zgodnie z tematyką konferencji, organizatorzy zaprosili blogerów do objęcia patronatem całego wydarzenia. Wśród nich znalazł się czytany przez Państwa blog "eM jak Media". Mój blog ma zaszczyt być wymieniony obok dziewięciu pozostałych blogerskich patronów medialnych (blogów, które równie gorąco rekomenduję): Antyweb, Zjadamy Reklamy, Blog Reklamowy, hatalska.com, zychalska.com, Webfan, Media Cafe PL, Copywriter oraz Guerilla-Marketing.

Podobnie jak przy poprzedniej TUBIE, zainteresowanym z Łodzi proponuję wspólną wyprawę do Warszawy. Wystarczy skontaktować się ze mną mailem (adres na dole strony).

21 października 2008

Rzecz o norweskim VG, czyli jak osiągnąć sukces w trudnych dla prasy czasach


Verdens Gang (VG) to nie nazwa żadnej grupy przestępczej, ale tytuł największego dziennika w Norwegii, który po polsku znaczy tyle co "kierunek świata". Prawdziwą siłą tej gazety jest jednak nie największy w kraju nakład, ale strategia, jaką wydawca - norweski konglomerat medialny Schibsted - przyjął dla rozwoju tego tytułu. Jest to lekcja, którą wielu światowych wydawców mogłoby wyciągnąć z korzyścią dla siebie.

Osiągnięciami VG chwalił się Torry Pedersen, redaktor naczelny elektronicznego i drukowanego wydania gazety, podczas zeszłotygodniowej konferencji Światowego Stowarzyszenia Gazet w Amsterdamie, w której miałem przyjemność uczestniczyć. Pedersen mówił o tym, jak jego firma zdobywa nowych czytelników i generuje większe przychody dzięki przemyślanej integracji wydań drukowanego i elektronicznego.


Przypomnę. Tendencje spadkowe w sprzedaży prasy drukowanej dostrzegane są na całym świecie (póki co może z wyjątkiem takich regionów jak np. Indie czy Chiny). Wydawcy zdają sobie sprawę, że ich czytelnicy odchodzą tam, gdzie otrzymają szybszą informację i jedyną słuszną drogą wydaje się stworzyć taki produkt w internecie, który zatrzyma czytelników przy marce ich ukochanej gazety. Tutaj jednak pojawia się m.in. problem kosztów, a także organizacji takiego przedsięwzięcia. Często słyszy się o integracji redakcji wydań elektronicznych i tradycyjnych - redaktorzy wielu redakcji publikują swoje teksty zarówno w papierowej gazecie, jak i w internecie. Takie działanie ma wpływ zarówno na ograniczenie kosztów osobowych (nie ma potrzeby tworzenia działów np. internetu), ale przede wszystkim zapewnia spójność kierunkową dwóch produktów, jakimi są wydania elektroniczne i papierowe.

W dobie, gdy stratedzy wydawniczy spierają się, który model jest lepszy dla przyszłości gazet (zintegrowany czy odseparowany), VG obiera trzecią drogę i ku dodatkowej dezorientacji rynku, nazywa ją modelem "zintegrowanej separacji".

VG rozpoczął swoją działalność w internecie w 1995 roku. Mimo, że w ciągu ostatnich pięciu lat nakład gazety spadł o 80,000 egzemplarzy, zysk wydawcy w tym samym czasie wzrósł prawie o 100 milionów norweskich koron (14,3 miliony dolarów) do 365 milionów koron norweskich (52,2 miliony dolarów). Poszerzona została obecność VG w internecie, stworzono nowe weekendowe dodatki papierowe, a także - poszerzono portfolio drukowanych produktów np. o magazyn o tematyce prywatnych finansów. Strategia VG dotyczyła dywersyfikacji produktu drukowanego, między innymi ze względu na badania, z których wynikało, iż tylko dla Norwegów powyżej 50. roku życia, informacja wydrukowana na papierze była warta więcej niż informacja z internetu. Młodsi mieszkańcy Norwegii wyraźnie preferowali elektroniczne wersje newsów.

Gazeta VG jest dodatkowo najbardziej popularnym medium w grupie wiekowej 20-29 lat (ma zasięg większy niż jakakolwiek stacja telewizyjna w Norwegii), pokrywając 60% kraju w tym przedziale wiekowym.

VG nie uniknęło cięcia kosztów i związanej z nim redukcji personelu, która jest dziś bolączką każdego dużego wydawnictwa. Co ciekawe, wraz ze spadkiem ilości pracowników papierowego wydania VG, rosło zatrudnienie w dziale online, co odzwierciedlało powoli kierunek, jaki wydawca zamierzał obrać. I tak, wspomniana zintegrowana separacja oznacza to, że obie redakcje (gazety drukowanej i online) mają wspólne kolegia redakcyjne, jednak poza tym mieszczą się w dwóch osobnych pomieszczeniach. W ten sposób, jak twierdził Torry Pedersen, powstają dwa różne produkty o wspólnej marce, bez strachu, że ten sam materiał dziennikarski zostanie powielony na obu platformach. W razie konieczności pociągnięcia tematu z online do wydania papierowego, redakcje oczywiście ściśle z sobą współpracują.

VG zapomniało już o planach, by być najbardziej poczytną gazetą w Norwegii. Teraz celem jest stać się krajowym liderem w informacji, nie tylko na platformach prasy drukowanej czy online. Gazeta jest na dobrej drodze - cieszy się 3 milionami unikalnych użytkowników i 335 milionami odsłon tygodniowo.

Dobre dziennikarstwo to oczywiście klucz do sukcesu VG. Rynek się zmienia, ale czytelnicy zawsze cenią sobie dobrze przygotowaną, rzetelną informację. Mając ten fakt na uwadze, VG nadal doskonale widzi 2 podstawowe różnice między produktem drukowanym a online:

1. Produkt online nie charakteryzuje się żadnym redakcyjnym deadlinem, ale musi być tworzony bez przerw. Dobrym przykładem jest tutaj materiał o zawaleniu się bloku w centrum jednego z norweskich miast. Popołudniowemu zdarzeniu towarzyszyło 28 artykułów, uaktualnianych 113 razy, a to wszystko zanim ukazało się najświeższe drukowane wydanie VG.
2. Produkt online pozwala dostosować gazetę do potrzeb odbiorcy. Przy odpowiednim skomponowaniu strony, czytelnik gustujący wyłącznie w nagłówkach, zobaczy tylko nagłówki. Inny czytelnik, szukający historii, powinien ją znaleźć natychmiast po kliknięciu w nagłówek. I wreszcie - maniak danego tematu powinien znaleźć na tej stronie coś do czytania przez dłuższy czas (materiał obudowany infografikami, dodatkowymi serwisami informacyjnymi, etc.)

VG dywersyfikuje również swoje elektroniczne produkty, mając w swej strategii rozwoju założenie wprowadzania nowego niszowego produktu, po jednym w każdym roku. I tak:

* w 2005 roku uruchomiono VektKlubb - społeczność dla cierpiących na otyłość, gdzie użytkownicy mogą pochwalić się swoimi sukcesami w odchudzaniu, znaleźć bratnie dusze, itd.
* w 2006 roku uruchomiono portal e24, promujący informacje biznesowe.
* w 2007 roku wystartowała Nettby, społeczność dla nastolatków ustępująca pod względem popularności w Norwegii jedynie społeczności MySpace.
* w 2008 roku... no właśnie, z uwagą śledzę, z czym wystartuje VG w listopadzie tego roku.

Wydawnictwa potrzebują wielu, dużych zmian. Jedna zmiana to już za mało.Dzięki różnorodnej, ale uporządkowanej strategii rozwoju, VG może cieszyć się m.in. 68% wzrostem przychodów reklamowych w pierwszej połowie bieżącego roku.

Torry Pedersen podsumował swoje wystąpienie kilkoma wnioskami:

* rynek stoi przed poważnymi zmianami
* organizacje newsowe muszą nauczyć się rozumieć swojego czytelnika / widownię
* gazety muszą odnosić się do swojego czytelnika, inaczej zginą
* koniecznością jest znalezienie nowych modeli biznesowych - nie wszystko jest problemem redakcyjnym
* wiele dużych zmian jest potrzebnych wydawnictwom, nie tylko jedna.

13 października 2008

INMA 2008: Jak blogi mogą pomóc gazetom w walce o czytelników

Mam dobrą wiadomość dla czytelników tego bloga - blog nie umarł. Poświęciłem się przez chwilę uzupełnianiu informacji z konferencji INMA 2008 na Forum4Editors. Ale teraz, jako kolejne echa konferencji INMA, mogę podzielić się streszczeniem jednego z wielu wystąpień, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Prezentacja dotyczyła tego, jak blogi mogą pomóc wydawcom zwiększać przychody.

"Gazety były kiedyś podstawowym źródłem informacji, ale to już przeszłość" - zaczął swoje wystąpienie John Wilpers z Innovation Media Consulting. Nikt nie zaprzeczy już faktowi, że czytelnicy odchodzą od gazet drukowanych - świadczą o tym ogólnoświatowe tendencje spadkowe w sprzedaży egzemplarzowej. W samej Unii Europejskiej, sprzedaż gazet zmalała o 2,37% w minionym roku i o 6% na przestrzeni 4 lat (od 2003 roku). Podobnych spadków doświadcza większość rynków prasowych na świecie.

"Gazety były kiedyś podstawowym źródłem informacji, ale to już przeszłość"Największym jednak zagrożeniem dla gazet drukowanych są spadki czytelnictwa w najmłodszych grupach docelowych. Mamy więc pewną dwubiegunowość. Spadek czytelnictwa z jednej strony spowodowany jest starzeniem się społeczeństwa i naturalnym umieraniem czytelników. Z drugiej jednak strony nie jest zastępowany nowymi, młodymi czytelnikami. Kluczowym zadaniem dla wydawców powinno być zatem zaangażowanie najmłodszych grup i przyciągnięcie ich do swoich wydawnictw, niekoniecznie drukowanych.

Czego szukają młodzi?
W badaniu preferencji, młodzi ludzie mieszkający w Europie (przedział wiekowy 15-34), jako podstawowe źródła informacji, podali:
* Internet (46%)
* telewizję (35%)
* książki (7%)
* gazety (3%)
* magazyny (1%)
Gazety, jak widać, nie mają w tym zestawieniu najlepszej pozycji. Konieczne jest zatem zastanowienie się nad potrzebami młodych czytelników. A oto czego szukają ci sami młodzi Europejscy czytelnicy:
* lokalnych informacji związanych z ich stylem życia i zainteresowaniami,
* informacji i społeczności wokół współdzielonych zainteresowań,
* różnorodności opinii,
* możliwości tworzenia informacji.

Odpowiedzią na ich potrzeby mogą być właśnie blogi. Blogi, które stanowią integralną część internetu. Blogi, które są przepełnione tworzoną przez nich treścią, z ich przemyśleniami i ich zainteresowaniami. Blogi przygotowywane przez nich lub ludzi im podobnych. I wreszcie - blogi, które umieszczane będą zarówno na stronach internetowych wydawców jak i na drukowanych stronach gazet (zamiast w zakładkach-tyglach, skupiających wszystkie możliwe publikacje).

Ile jest tych blogów? I czy ktoś to w ogóle czyta?
Oczywiście, blog blogowi nie jest równy, a najważniejsza jest treść w nim zawarta. Jednak biorąc pod uwagę popularność blogów na całym świecie, naturalne wydaje się wzięcie pod uwagę tej formy komunikacji w strategii rozwoju wydawnictwa. Może trudno w to uwierzyć, ale narodziny tych internetowych "pamiętników" datowane są na 1994 rok (blog studenta Justina Halla). W 2002 roku istniało już 200.000 blogów. Rok później już 3,5 milionów blogerów szczyciło się swoją działalnością. Pod koniec 2007 roku istniało już 70 milionów blogów, a z końcem bieżącego roku ta liczba ma być podwojona. Czy taka ich popularność może być przypadkowa? W niektórych przypadkach tak, ale istnieje mnóstwo blogów, których autorzy tworzą takie treści, jakich sami nie mogli znaleźć gdzieś indziej (ciekawe ile polskich bloggerów podpisałoby się pod tym stwierdzeniem, ja podpisuję się obiema rękami).

Jednak nie tylko liczba istniejących blogów ma znaczenie. Dla gazet liczyć powinno się to, że 346 milionów ludzi na całym świecie (77% korzystających z internetu) czyta blogi. Co ciekawe, jak mówi John Wilpers, blogerzy są stosunkowo tanim źródłem treści. Wśród przebadanych bloggerów, motyw pieniężny nie znalazł się nawet w pierwszej piątce najczęściej wymienianych powodów do blogowania!. Wśród najczęstszych motywów znalazły się:
* wyrażanie poglądów na interesujące tematy,
* dzielenie się ekspertyzą i doświadczeniem z innymi,
* poznawanie ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Pieniądze znalazły się na szóstym miejscu w tym zestawieniu. Blogerzy nagradzani są bowiem za swoją pracę w zupełnie inny sposób. Zdobywanie semi-sławy poprzez rosnącą liczbę czytelników, awans w pracy, lepsze propozycje pracy i wreszcie osiąganie lepszej rozpoznawalności na rynku - to są zjawiska, które zaspokajają wielu blogerów, zwłaszcza, jeżeli łączy się to z przyjemnością, jaką jest zarażanie innych własną pasją.

A co z tą Polską?
Analizując samą platformę Blogger.com (na której mieści się m.in. blog "eM jak Media"), można zauważyć, że w samej Polsce, zarejestrowanych jest na niej około 53,5 tysiąca blogerów. Opublikowali oni łącznie prawie 1.200.000 postów, z czego około półtora tysiąca - zaledwie wczoraj. Liczny te powinno przemnożyć się conajmniej przez dwa, biorąc pod uwagę, że druga z najpopularniejszych platform blogowych - Wordpress.com, cieszy się podobnymi statystykami. Który wydawca pogardzi taką bazą informacji, opinii, komentarzy czy analiz?

John Wilpers zdaje sobie sprawę, że nie wszystkie blogi nadają się do publikacji. Ale jeżeli luźno przyjąć, że 10 procent z nich jest dobrych... a 5 procent bardzo dobrych, to liczba ta nadal jest ogromna. I w dużej mierze są to niewykorzystane zasoby dzisiejszych gazet. Bo wiele osób gotowych byłoby zamieszczać swoje wpisy pod adresem np. www.rp.pl/nazwa_bloga lub www.gazeta.pl/nazwa_bloga. Rozpoznawalność marki, jaką jest tytuł gazety, może być dodatkową nobilitacją dla blogera. Dodatkowy ruch, który mógłby trafiać na jego blog z głównej strony gazety też byłby ważnym argumentem.
A sama gazeta? Obudowując swoją stronę internetową blogami o różnej tematyce, dysponowała by w ten sposób opiniami prawdziwych komentatorów życia codziennego, a nie przypadkowymi, pełnymi inwektyw, komentarzami do tekstu. Nie wspominając już o tym, jak fantastycznym źródłem informacji mogliby być lokalni blogerzy - docierającym często głębiej niż sami dziennikarze.

Uczmy się od innych
John Wilpers wspomniał w trakcie konferencji o doświadczeniu bezpłatnej gazety "BostonNow", która właśnie otworzyła się na współpracę z autorami blogów. Strona internetowa tego pisma zawierała 3.900 blogów, z czego 900 było aktualizowanych regularnie. 5 z 13 najczęściej wybieranych adresów na domenie bostonnow.com, należało do blogów. Najdłuższy czas przeglądania strony również należał do bloga. I wreszcie, największa ilość unikalnych użytkowników z zewnątrz, pochodziła właśnie z blogów z marką "Boston Now".

Czy jest się czego bać?
Otwieraniu się gazet dla blogerów mogą sprzeciwiać się pracownicy redakcji. Edytorzy mogą obawiać się, że gazeta przez takie działanie mogłaby stracić wiarygodność, na którą tak ciężko wszyscy pracowali. Ale ideą nie jest otwarcie się na wszystkie blogi, tylko na te najlepsze. A jak można zmotywować autorów blogów by brali odpowiedzialność za swoje słowa? John Wilpers i na to pytanie ma odpowiedź - wynagrodzić ich w taki sam sposób jak wynagradza się autorów zewnętrznych lub freelancerów, ale i tak samo karać ich w przypadku gdy popełnią błędy (rezygnować z ich usług). Blogerzy nie staną się w ten sposób dziennikarzami - ci drudzy szkoleni są w znajdywaniu i sprawdzaniu faktów. Blogerzy oceniają rzeczywistość. Graficzne oddzielenie jednych od drugich na łamach gazety, może być ciekawym odświeżeniem tytułu. I jednocześnie pokazaniem rynkowi, że nie boimy się innowacji a samemu czytelnikowi - że rozumiemy jego potrzeby i wychodzimy im naprzeciw.

6 października 2008

And the winner is... czyli najlepsza amerykańska magazynowa okładka roku

23 września ogłosiłem na blogu mini-konkurs, zachęcając czytelników do wytypowania, ich zdaniem, najlepszych okładek spośród finalistów. Osoba, która była najbliżej, otrzyma ode mnie książkę "Dziennikarstwo" autorstwa Marka Chylińskiego i Stephena Russ-Mohla. And the winners are...

Magazine Publishers of America ogłosiło przed godziną wyniki konkursu na najpiękniejsze okładki magazynowe roku. Magazyn "New York" zdeklasyfikował rywali. Poniżej nagrodzone okładki w poszczególnych kategoriach.

Kategoria - okładka roku: "New York"


Kategoria - celebrity: "Texas Monthly"


Kategoria - najlepszy pomysł okładkowy: "The New Yorker"


Kategoria - moda: (ex aequo) "New York - Look" i "Vanity Fair"


Kategoria - wypoczynek: "New York"


Kategoria - najlepsza okładka newsowa: "New York"


Kategoria - najlepsza usługa: "Texas Monthly"


Kategoria - najlepszy okładkowy tytuł: "New York"


A w moim blogowym mini-konkursie, najwięcej prawidłowych odpowiedzi udzielił Tomasz Topa. Książkę wysyłam pocztą, gratuluję. Sześć na osiem poprawnych odpowiedzi sprawia wrażenie, że Tomek mógłby zasiadać w jury konkursowym Magazine Publishers of America.

Pozostałych czytelników zachęcam do obserwowania tagu konkurs - na tym blogu pojawi się jeszcze niejeden.

5 października 2008

INMA 2008: "The Gazette", czyli jak przybliżyć gazetę czytelnikowi?

Bernard Asselin z kanadyjskiej "The Gazette" (Montreal) udzielił bardzo ciekawej prezentacji gazety o około 230-letniej tradycji oraz jej sposobów na przybliżenie jej czytelnikowi i walkę ze spadającą sprzedażą tytułu. Case study tego przypadku oprócz tego że jest ciekawą lekturą, wydaje się być także dobrym źródłem inspiracji.

Aby wiedzieć, jaką strategię obrać, trzeba najpierw poznać, z czym się walczy. Od tego właśnie rozpoczęto pracę w montrealskiej "The Gazette" - od nazwania najsłabszych punktów gazety w otaczającym ją środowisku. Odkryto w ten sposób, że:

- gazeta, o 230 letniej tradycji, może przez wielu czytelników być odbierana jako zbyt konserwatywna i oddalona od czytelnika;
- ogólny negatywny trend w odbiorze gazet drukowanych i fragmentacja mediów mają duże znaczenie dla spadku zainteresowania tytułem;
- istnieje rosnące zainteresowania krótkimi formami dziennikarskimi (co również nie jest korzystne dla gazety pełnej opinii i analiz);
- spadek sprzedaży "The Gazette" od dziesięciu lat miał trend linearny i wynosił 3 procent rocznie (spadek ten był dużo szybszy w przypadku najmłodszych czytelników, między 18 a 34 rokiem życia).

Bernard Asselin, był odpowiedzialny za wprowadzenie takiej strategii marketingowej tytułu, która przybliży gazetę czytelnikowi, w szczególności w tej najmłodszej i najcenniejszej grupie wiekowej (przedział 18-34). Wydawca postanowił reklamować to, co jest najsilniejszą stroną gazety, czyli jej zawartość. W ten sposób, w październiku 2006 r. rozpoczęła się akcja "Words matter" ("Słowa mają znaczenie"). W dniu rozpoczęcia akcji marketingowej, tak wyglądała pierwsza strona gazety:


Na drugiej stronie pojawiła się reklama kampanii "Words matter", a trzecia strona przedstawiała już prawdziwą zawartość jedynki:


Było to działanie odważne, ale bardzo kreatywne. Jak inaczej, jeśli nie właśnie przez innowacyjny sposób komunikacji z czytelnikiem, można mu udowodnić, że ta towarzysząca mu przez pół życia gazeta, nie jest sztywna i potrafi od czasu do czasu nagiąć konwencję?

Reszta kampanii to tylko dalsze przykłady mistrzowskiego planowania. Oto kilka przykładów jak prezentują się pojedyncze całostronicowe reklamy kampanii "Words matter":



Inne media również były zaangażowane w kampanię. Furorę wśród ludzi młodych robiły reklamy telewizyjne, które również ewoluowały. Wszystkie jednak odnosiły się do głównego hasła kampanii. Poniżej jedna z reklam telewizyjnych "The Gazette":



Ale i to nie wszystko. Oprócz reklam prasowych, telewizyjnych i radiowych, prawdziwą kreatywnością wykazał się dział marketingu "The Gazette" w przypadku miejskich akcji marketingowych promujących zawartość gazety. I tak, kiedy tematem numeru miało być globalne ocieplenie, oto widok, jaki można było zobaczyć w najważniejszych punktach Montrealu:


Kiedy z kolei gazeta rozpisywała się o temacie bezsenności, takich oto osobników można było spotkać na ulicach Montrealu:



Powyższe studium przypadku "The Gazette" pokazuje, że istnieją inne narzędzia walki o czytelnika, niż cena, czy tzw. wartość dodana (popularnie określana gadżetem). Okazuje się, że mimo iż marka gazety potrafi być doskonale rozpoznawalna, potencjalni czytelnicy często nie wiedzą, co może kryć się w środku.Zawartość gazety (content) jest tym, co wydawcy prasowi powinni promować w pierwszej kolejności Z tego też powodu, prawdopodobnie coraz częściej, również na naszym rynku, będziemy świadkami właśnie promocji contentu gazety, niż samej jej marki. To już jest widoczne np. w przypadku "Gazety Wyborczej", która dość często reklamuje się w telewizji na przykład odpowiedziami do ważniejszych egzaminów państwowych. Ale nie tylko. "Gazeta Wyborcza" wykorzystuje ostatnio coraz częściej własne łamy (w szczególności pierwszą stronę) do zdecydowanej promocji zawartości tytułu (kosztem miejsca na artykuły, które mogłyby tam się znaleźć - vide temat porwania Krzysztofa Olewnika, seria czytelnicza "7 wyborów Lecha Wałęsy", czy ostatnio - konflikt gruzińsko-rosyjski widziany z perspektyw prezydentów różnych krajów).

Wracając do kanadyjskiej "The Gazette" - opisywana kampania okazała się sukcesem. Biorąc pod uwagę, że przez ostatnie 10 lat, sprzedaż tytułu spadała co roku o 3%, to w minionym roku spadek ten wyniósł 2,3%. Udało się więc spowolnić malejący trend w czytelnictwie, co w tym przypadku można zawdzięczać wyłącznie tej kampanii.

"The Gazette" jest gazetą miejską o średniej sprzedaży wynoszącej około 140,000 egzemplarzy dziennie.

INMA 2008: Echa konferencji

W piątek wieczorem zakończyła się zorganizowana przez International Newsmedia Marketing Association konferencja INMA Outlook 2009. Jej najciekawsze tematy, będę przytaczał na tym blogu w ciągu najbliższego tygodnia. Najbardziej niecierpliwych zachęcam do lektury Forum4Editors, gdzie, dzięki uprzejmości Grzegorza Piechoty z Agory, raportowałem w czasie trwania konferencji bieżące prezentacje i najważniejsze tezy poszczególnych wypowiedzi.

Polecam również krótkie wywiady video skrupulatnie prowadzone przez Artura Kardę (szefa projektów portali regionalnych) oraz Agnieszkę Mazuś (kierowniczkę działu online "Dziennika Wschodniego") z Mediów Regionalnych. Uczestnicy konferencji wypowiadali się przed kamerami na temat, ich zdaniem, grzechów śmiertelnych dzisiejszych gazet. Ogrom pracy dokonany przez moich nowych kolegów z Mediów Regionalnych, można obejrzeć TUTAJ.